Apatyczny torcik

 Dziś są moje urodziny. Zaczynam wierzyć w zakwaszenie organizmu i niemal czuję jak otaczający ludzie wypłukują ze mnie pokłady magnezu. W przypływie egoizmu majaczę o braniu się za siebie, a czoło zdobywa kolejny centymetr głowy. Brzmi znajomo? Wystarczy kilka kapsułek i aktywne życie, a otoczenie zmieni się w przyjazną formalinę. Zasypując się jakże modnymi suplementami przesiedzisz tam, gdzie nie warto spędzać zdobytych minut życia. Jakakolwiek forma aktywności natomiast, rozerwie cię na strzępy. Później każe sięgnąć po stos piguł na miarę Alice Glass. W końcu sprowadzi do Łodzi z końską dawką pavulonu.

 Pchnięci dramatycznymi warunkami pracy i beznadziejnymi zarobkami key account managerzy rozkochali się w bieganiu. Żeby było trudniej obwieszeni są połową osprzętu F16 i zestawem małego kardiologa. Ogłuszeni cierpieniem etatu i przygwożdżeni elektroniką w ostatniej chwili wbiegają pod koła pędzącego samochodu. Nawet najkrótszy postój źle wyglądałby w zapisach autospamującej czarnej skrzynki. Zwierzęcej adrenaliny i internetowego heroizmu nie powstrzymałby walec. Zatem droga biegacza prowadzi do wiecznego spoczynku lub godziwego odszkodowania. Niezdrowe odbijanie mózgu w butach na sprężynkach nigdy do mnie nie trafiało. Szukałem alternatyw aktywności.

 Jeździectwo wydawało się być wygodną formą ruchu. Kowboj z marlboro w zębach i butelką lagera nie zna katabolizmu i multiwitamin. Niestety, jeśli wybijesz sobie z głowy spodnie zszyte z dwóch różnych par i oficerki za szwajcarską średnią ktoś uzna cię za amatora. To oznacza jazdę w kółko do porzygu na szkapie, której werwy nie doda nawet wsadzenie pięty po samą trzustkę. Siedzenie daleko odbiega od Wayne’owskiego luzu, a poprawna pozycja kpi z podstaw anatomii. Coś zwane przednim łękiem, stworzone byś podczas hamowania stracił klejnoty przyprawi cię o głupawy wyraz twarzy (to tyle z Wayne’a) i niezbyt męskie pochlipywanie. Gdy czarna endoskrzynka poinformuje o wydreptaniu równika możesz wziąć rumaka o temperamencie leniwca i na oklep zwodować cały tabun w jeziorze. Następnego dnia już nieco trzeźwiejąc odkryjesz, że czujesz się i wyglądasz, jakbyś dosiadał piłę tarczową. Rychły koniec przygody po wygarnięciu wszystkiego z czeluści serca.

 Może zatem wspinaczka? Zdobywanie szczytów i piękne widoki z kopem adrenaliny. Planowanie ścieżki umożliwiające późniejszą identyfikację ciała. W uprzęży nie uświadczysz żadnego cholernego łęku, dzięki czemu każda część ciała zostanie na swoim miejscu. Tutaj początkujący też natkną się na ścianę dużo większą niż sterta wapienia. Jest nią pamięć mięśniowa. Otóż po całym dniu wbijania i kurczowego zaciskania palców w najmniejszych szczelinach nasz organizm zapamiętuje mechanizm na kilkanaście godzin. To prowadzi do bolesnych konsekwencji podczas porannej toalety następnego dnia. Jeśli przed wspinaczką zwabiło cię jeździectwo terenowe prawdopodobnie siedzisz w wiadrze mąki naszprycowany heroiną i zalany w trupa w oczekiwaniu na przewóz do Łodzi.

 Sporty drużynowe już dawno wybito mi z głowy wraz z kilkoma przydatnymi funkcjami mózgu. Nigdy nie udało mi się przekonać kolegów, że strzał w światło bramki ma się nijak do strzału w moją potylicę, a kołyski nie tańczy się kiedy tracę film po siedemnastym golu samobójczym. Nie podejmę się tematu przyłożenia. Tym bardziej wsadu.

 Skoro nie stawiam sobie depresyjnych postanowień na kolejny rok, co ma wspólnego moja nieudolność z urodzinami? Otóż od wypadków w duchu czystej gry nie mogę popisać się jakąkolwiek formą pamięci. I na szczęście dotyczy to też tej mięśniowej. Potrafię nie spalić domu za każdym wyjściem i kończyć karcer zwierząt domowych w zamrażarce wcześniej niż po godzinie. A to cienka granica między kotem al dente, a kotem na sztywno. Choć, jak widać, pamiętam kiedy przyszedłem na świat.  Podobnie wiem kiedy stało się to w przypadku kilku osób, które darzę pewną dozą sympatii. Zatem tak, nie składam życzeń absolutnie świadomie. Powód jest całkiem banalny.

 Moją pocztę zapychają oferty życzeń last minute. Kilka z nich dotyczy osób, którym naprawdę nieźle winszuję. Dopóki nie zaczynają biegać. To oznacza, że każde „dzięki za pamięć” wędruje na konto Zuckerberga. Eliminując tym samym sens czułych słówek i całej tej zabawy. Pamięć zupełnie przestała być istotna ale czy bajty faktycznie wyszły na dobre? Ilekroć zmienimy datę na profilu tyle mamy urodzin w ciągu roku. Na szczęście mam na to sposób. Wyrażanie uczuć w sposób namacalny. Fakt, materializm nie jest tak subtelny jak cała ta  symbolika ale wciąż spisuje się lepiej niż kliknięcie. A przede wszystkim – mnie to najzupełniej odpowiada.

 Przerażony syndromem alpinisty nie zafunduję sobie urodzinowej kuli do kręgli a bezpieczną, wirtualną domenę.  Mam nadzieję, że prowadzenie bloga nie spowoduje dotkliwszego bólu siedzenia. Zamierzam uczcić małe święto tak, by następnego dnia naprawdę poczuć się staro. I nie dać się zesłać na hipoterapię.

PS: nierówna walka z wiszącymi spójnikami pogłębia moją apatię

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s