Ile kosztuje mózg?

 Jeśli nie jesteś psychopatycznym mordercą pokroju Lectera odpowiedź niesie pewne trudności. Uświadamiasz to sobie, kiedy kolejny rok z rzędu nie potrafisz przekonać szefa do podwyżki. Przez wielu z nas myślenie samo w sobie jest pojęciem abstrakcyjnym, przez co niedocenianym. Z niepokojem obserwowałem nagły atak zombie na popkulturę. Dla nich odpowiedź jest prosta – mózg jest bezwartościowy.

 Pewnego mikołajkowego poranka skarpeta nie była prezentem samym w sobie, a jej zawartość pachniała zdecydowanie lepiej. Książka. I nie mam zamiaru zachwalać literatury, bo absolutnie nie obchodzi mnie to, czy czytasz. Sam szukam w niej wyłącznie rozrywki. Czy czegoś mnie nauczyły? Cóż, z ostatnich lektur dowiedziałem się żeby nigdy nie odwiedzać Fjallbacki, której społeczność dzieli się na oprawców i ofiary. Gdybym kiedyś planował staranowanie bezrobotnych wybrałbym Merca S-klasy. Bardzo wymowne starcie klas. Wiem też, że J.K. Rowling próbuje posiąść penisa w sposób odmienny od reszty kobiet (choć teraz to nie takie oczywiste). Niezbyt wartościowe informacje. Udało mi się też dorwać Kinga za dziesięć złotych, jednak niska cena zaowocowała błędami ortograficznymi już w tytule*. Mimo to za każdym razem obcując z drukiem czuję, jak przerdzewiałe tryby mojego mózgu powoli zaczynają się ruszać.

  Absolutnie nie dziwi mnie lecąca na łeb poczytność. Od najmłodszych lat przedstawia się nam książkę jako sacrum, które lepiej zostawić w spokoju i nie profanować. Dostając w stadium podrostka wszelkie dzieła polskich wieszczy można się trwale zrazić do słowa pisanego. Dlatego też trzy zdania i piętnaście zdjęć jest obecnie przyjętą normą. Z drugiej strony, wszystko co stworzył ludzki umysł powędrowało do bitowej krainy. Filmy z VHS szybko przeskoczyły na dyski, płyty winylowe są teraz empetrójką, a gazety zwijają drukarnie na rzecz witryn. Mniej więcej dlatego reklamy w kinie trwają pół godziny, w muzyce nie dzieje się najlepiej, a gry kosztują fortunę. Bitowe statki zadokowały w zatoce piratów, a książka rozmokła gdzieś po drodze i nie dotarła do tej mekki światowej kultury.  Nie, biblioteki nie wchodzą w rachubę, to zbyt skomplikowane. Trzeba tam iść, nikt nie dowie się, że ją polubiłeś, a choćby była najbardziej przeszklonym budynkiem w mieście, wciąż nie są to okienka.

 O swoim technologicznym niedorozwinięciu informowałem, gdy elektroniczny Tourette nakazał mi usunąć wszystkie sterowniki. Los Półnuty był niepewny. Nic dziwnego, że czytnik e-czegoś odkryłem na długo po tym, jak społeczeństwo ochrzciło go „kundlem”. Ktokolwiek wymyślił to pudełko, powinien głęboko spojrzeć w lufę Mossberga. Idea czytania gdziekolwiek, w ciszy, skupiając się tylko i wyłącznie na tekście wzięła w łeb. Analfabetyzm i PDF wykończą książki skuteczniej niż wszystkie ogniska nazistów. Książka to naprawdę kosztowny biznes. Pomijając ciężką intelektualną pracę, każdy szanujący się twórca ma swojego cichego producenta w Kolumbii. Kilkadziesiąt złotych przeznaczonych na lekturę musi pokryć koszta produkcji i transportu, wyciągania amerykańskich rodzin z cudzymi walizkami z ohydnych cytadel, wiadra kokainy i napiwku dla autora.

 O co chodzi z tym zombie? Był taki mocno przeciętny film z panem Pittem i jedna scena, która zapadła mi w pamięci – Izrael. Głośna muzyka zwabia hordy zombie, które zaczynają ucztę na ludzkich mózgach, nie bacząc na mury i podziały religijne. Scena o głębi kałuży, ale jakże prawdziwa. Gdziekolwiek pojawi się przejaw kultury zleci się banda zgniłków i rozszarpie ją na strzępy. Niezbyt świadomi „konsumenci” bez konkretnego celu wyżrą wszystko, co stanie im na drodze. Oczywiście za darmolę. Nie bądź zombie. Jeśli cię nie stać, okradnij szefa bo najwyraźniej dostajesz za mało. Jeśli stać cię na jedną płytę, książkę, kilka wyjść do kina w miesiącu to chyba wszystko jest w porządku. Chyba, że jesteś geniuszem, przetrawiającym kilkanaście filmów, płyt i książek miesięcznie. Wiem jedno – na wieść z banku o wypłacie – pobiegnę po książkę. I będę czekać miesiąc na kolejną. A jeśli w pewnym momencie zostanę zmuszony do czytania najnowszego Kinga na jakimś elektronicznym bzdecie zacznę zbierać na S-klasę. I na nowo zaprowadzę porządek.

*’Pet Sematary’ Stephena Kinga – w zależności od wydania tłumaczone jako „Smętarz dla zwierzaków” lub „Cmętarz zwieżąt”.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s