Najlepszy samochód na świecie

 Czy najlepszy samochód na świecie jest najszybszy? Owszem, jeśli jego kierowca nie jest wbity w dowodzie rejestracyjnym. Samochód, który tylko przelotnie rozkręcamy do czerwonego pola i zmieniamy prędkości z dymem zawsze będzie najszybszy. Nie poradzi sobie jedynie z leasingowymi Pandami na blachach WE. Jaki jest najlepszy samochód na świecie? Cóż, ma nieco mniej koni niż przeciętna stadnina w Pikardii, według wczorajszych testów setkę osiąga w 15,4 sekundy i nie ma żadnych rozpraszaczy pokroju klimatyzacji czy wyświetlacza. Wczoraj też osiągnął sto tysięcy kilometrów przebiegu i z tej okazji zagościć miał na torze Poznań. Tę przyjemność zostawię sobie jednak na dożynki. Panie i Panowie, oto Fiat.

 Gdyby samochód miał coś wspólnego z transportem, punktami A i B i racjonalnością jeździlibyśmy prodiżami na kółkach. Zamiast tego mamy kryształy Swarovskiego w felgach, wspomaganie zamykania drzwi, kamery i masę zbytecznego badziewia. To jednak nie sprawia, że auto jest dobre. Jeśli samochodem wyłącznie jeździsz, nigdy nie przekroczysz neutralnego podejścia, a każdy kamień w drzwiach czy zerwany wydech potraktujesz jako niedogodność. Ujmując eufemistycznie. Z drugiej strony, kilkugodzinna jazda może przypominać łamanie kołem i tortury związane ze złamaniem omerty, a i tak odzyskując przytomność nie powiesz złego słowa. To nie jazda definiuje samochód, a wszystko inne, co w nim robisz.

 Ocena sytuacji przez pryzmat całkiem cywilizowanego Punto byłaby mocno niesprawiedliwa. Wrócę zatem do poprzedniego bolidu – Czołg, czyli Astra Kombi ’94. Czołg, bo kamuflował się za zasłoną dymną, jego wysłużony diesel słyszany był przed uruchomieniem i prawdopodobnie zasłużył się dla transplantologii – wymiana oleju nie była konieczna, konsekwentnie wydalał każdą dolaną ilość. Choć było to Kombi, faktycznie bliżej mu było do kabrioletu. O tak, czołg był sezonowy. Pierwsze przymrozki zakładały blokadę na koła aż do pierwszych odwilży, narażając mnie na wątpliwą przyjemność podróży autobusami i codzienne przebieżki z akumulatorem. Nieraz też chciał posłać mnie do piachu, na przykład smażąc elektrykę na środkowym pasie ekspresówki. Umarł w dogodnym miejscu i znalazł nowych właścicieli. Czułem się jak po stracie psa. Do tej pory mi smutno gdy widzę, że zaczyna rdzewieć. To był wóz! Na szczęście, znalazł godnego następcę.

 Punto po każdym kontakcie z kamieniem zamienia blachę w stado zielonych parchów z reklamy Domestosa. Lista usterek nie jest zbyt pokaźna i jest zupełnie nieistotna. Fiat zaliczył już wszystko, co z samochodem zrobić można. I niezależnie od tego, czy prujesz górską serpentyną, urywasz koła na leśnych wykrotach, ładujesz do niego pół mieszkania, zamieniasz w jadalnię albo samobieżną sypialnię, Fiat zawsze robi tę głupawą, zezowatą minkę „Baby Astona” i z uporem maniaka spełnia wszelkie zadania. Deklasuje czyściutkie terenówki swoim błotnym kamuflażem, w centrach miast zadowoli się miejscem dla sklepowego wózka, a na trasie radzi sobie z większością rowerzystów. Ma też jedną cechę katalogową – nie jest ci go żal. Nigdy. A to sprawia, że samochód staje się ważną częścią wspomnień, a nie luksusową puszką, której otwarcie drzwi zwiastuje początek i koniec urlopu.

 To, czym jeździsz, nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Samochód z każdym kilometrem i nowym miejscem zdobywa duszę. Duszę, która nikogo innego nie obchodzi, zwłaszcza jeśli zajmuje miejsce parkingowe. Dzięki, Fiat, za zmotoryzowanie tego kraju, a przede wszystkim – mnie. Za pięćdziesiąt tysięcy kilometrów spodziewajcie się relacji z dożynek na torze Poznań. I prezentacji następnego Fiata.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s