Kieszonkowa Sasha Grey

 Z niecierpliwością czekałem na koniec umowy z operatorem. Próbując zadzwonić otrzymywałem komunikat „usługa niedostępna”. Smsy, które w teorii są błyskawiczne zazwyczaj dochodziły po tygodniu, a żeby nie stracić zasięgu biegłem do kuchni i wywieszałem się przez okno. To wszystko, choć brzmi ironicznie, niestety jest absolutną prawdą. Tydzień temu umowa wygasła więc jestem wykluczony pod kolejnym względem. I bardzo mi z tym dobrze.

 Za telefonami nie przepadam. Ani jako urządzeniami wypychającymi kieszeń, ani samym dzwonieniem. To jest, trzymaniem telefonu w jednej ręce, kurczowym ściskaniu parapetu w drugiej i proszeniem co chwila o powtórzenie. Dopiero kilka miesięcy temu zrezygnowałem z ośmioletniego K700i, który zdechł na dobre. Pomimo wieku był nieporównywalnie lepszy od tandetnego Samsunga, którego operator podarował mi za złotówkę. Pieprzony szmelc. Żeby wymacać na nim cokolwiek, musiałbym mieć karnet u manikiurzystki. O obsłudze w rękawicy, z kremem do rąk, czy odrobiną wody na dłoniach nie ma mowy. Za to w kontakcie z udem, przez podszewkę kieszeni, mógł zdziałać cuda i naciągać mnie na setki minut i smsów. Chwała, że w miejscu „siódemki” w ekranie powstała dziura. Przypadkowy kontakt z infolinią jakiejś Saszy puściłby mnie z torbami.

 Czekałem bardzo długo, bo niemal cztery lata, z kontem ograniczonym do trzydziestu złotych. Tak naprawdę po kilku dniach połączenia wychodzące były zablokowane. Jeśli w szczerym polu owinąłbym samochód wokół drzewa nie mógłbym zadzwonić po sprzyjającą duszę, a jedynie alarmowo po patrol drogówki. O ile złapałbym przy przydrożnym drzewie zasięg. Oczekiwanie  umiliłyby mi setki aplikacji, których i tak nie potrafię włączyć. Mógłbym też po prostu „wyłączyć się”. Gorycz miały zniwelować cudeńka w postaci pakietów i usług, jednak próby ich aktywacji zawsze kończyły się tak samo – usługa chwilowo niedostępna, proszę spróbować ponownie. Dobrze, że podobna treść wyskoczyła przy próbie dodzwonienia się do biura obsługi klienta. Stamtąd pewnie z łatwością wezwaliby prewencję. Kiedy moja umowa dobiegła końca, poszedłem upewnić się w jednym z biur, że nie jestem już ich niewolnikiem. Po pół godziny czekania za „wystrzałową mamuśką” z jej „wystrzałową córeczką” i wystrzałowym nowym telefonem, krótko przedstawiłem swój problem. Kiedy pani ekspedientka ignorując  mnie, zaczęła pytać innych w kolejce o  życiowe problemy, krew mnie zalała. Panie Lebiedź!

 Rozpocząłem wędrówkę po salonach z arcyniewygodnymi, niemieszczącymi zadków krzesłami, ścianami z koreańskimi okazami myśli technicznej na gumkach i milionem lumenów wypalających oczy. W żadnym salonie nie natknąłem się na telefon. Silniejsze niż mój komputer stacjonarny, większe niż on i oczywiście, dotykowe. Gdy mówię, że nie korzystam z Internetu i nie chcę go w atrakcyjnej ofercie za pół bańki, pani na nieco wygodniejszym krześle truchleje, kreśli w powietrzu znak plusa i rozpoczyna egzorcyzmy. A przecież, jak głosi muppetowa piosenka, internet służy jednemu. Na cholerę mi Sasha Grey w kieszeni? Wstaję zmęczony, zabieram ulotkę, z której i tak niczego się nie dowiem i wychodzę do sąsiedniej loży bez limitów.

 Teraz spłynęła myśl – nie mam telefonu. Wciąż mogę odbierać, dlatego z przyzwyczajenia noszę go w spodniach. Nawet jeśli ktoś zadzwoni (a dzieje się to rzadko), odbierze moja automatyczna sekretarka w postaci lewego uda. I to niestety ja zostawię komuś wiadomość, nieświadomy trwającego połączenia. W tym tygodniu się za to zabiorę – kupię abonament z klawiszami i bez Sashy Grey. A było tak fajnie!

Reklamy

One thought on “Kieszonkowa Sasha Grey

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s