Pamiętnik chorego faceta

 O tym, że jestem chory ogłaszam jakieś siedemnaście razy tygodniowo. Zdążyłem uodpornić się na każdy cudowny proszek wydawany bez recepty, a najbliżsi wykazują już absolutne zobojętnienie na moje jęki. Wciąż jednak najlichsza bakteria czy wirus znajduje żyzny grunt w moim organizmie. Kiedy swój stan określiłbym na 7/10, a z rozoranego gardła nie mogę wykrzesać z siebie nawet najcichszego „help”, zostaję sam. I to podbija samopoczucie do „dziewiątki”.

 Przeziębienie plasuję gdzieś pomiędzy zapłatą za zdjęcie z przydrożnego słupa, a istnieniem komara. Właściwie nie wiadomo co człowiekowi dolega. Podejrzewam, że sygnały ogólnego rozbicia to pozostałości ewolucyjne z czasów, gdy bujaliśmy się na gałęziach. Odkąd wyrosłem na tyle, żeby zobaczyć ogień w kuchence gazowej wiedziałem, że wsadzenie dłoni nad płomień będzie wiązało się z bólem. Podobnie wiem, że gdy boli mnie gardło muszę zasypać je tabletkami do ssania i zalać gorącym piwem. A potem mlekiem, czosnkiem, cytryną, maliną i miodem. Efekt końcowy można podciągnąć pod jelitówkę. Skoro wiem co mi jest, organizm nie musi mi tego tak dobitnie komunikować, sprowadzając ból w każdą część, która gardłem nie jest.

 Ciężko mi opisać swój stan utrzymując kulturę języka. To spory problem, gdy skala przeziębienia dobije mocnej „ósemki”, bliscy potykają się o moje przeszyte dreszczami truchło i w lekko niepoczytalnym mózgu rodzi się decyzja o doczołganiu się do lekarza. Każda taka wizyta kończy się standardową mieszanką: paracetamol i coś na gardło. Pewnego razu dr Kitel stwierdził, że mam zbyt suche powietrze i muszę nawilżyć mieszkanie. Każdą pustą pięciolitrówkę oberżnąłem, napełniłem wodą i rozstawiłem wokół siebie. Siedziałem wśród tych mis jak mnich w Shaolin, co w żaden sposób nie wpływało na gospodarkę białych krwinek. Po dwóch dniach wszystkie drzwi zaczęły skrzypieć, kurz zebrany w baniakach emanował duszącą energią, a tropikalny klimat mieszkania na trzecim piętrze doprowadził do niecodziennej wędrówki na północ lemurów, ocelotów i kapibar. Innym razem ten sam zestaw objawów potraktowany został dziesięciodniową kuracją antybiotykową. Była całkiem skuteczna – nie kichnąłem przez kolejny tydzień. Czasem czuję, że polska służba zdrowia przypomina tę z Princeton Plainsboro – dopóki nie zaczniesz krwawić z każdego otworu albo nie zsikasz się na zielono podczas badania wzroku, dr House nie uzna cię za ciekawego.

 Wiem, że jeśli któryś z ocelotów w końcu dotrze do sztucznych tropików w południowej Polsce i dotkliwie mnie pogryzie – któryś z gości w kitlu pozszywa mnie do stanu łudząco przypominającego mnie. Jeśli potknę się o lemura i złamię którąś z witek w pięciu miejscach, zostanie magicznie posklejana. Wiem też, że nie jestem chory. Chory jest człowiek, który nie pamięta gdzie jest, gość, który zamawiając paracetamol wydrze z siebie konkretną wiązankę i Indonezyjczyk, który zamienia się w Tolkienowskiego enta.

 Z przeziębieniem muszę radzić sobie sam. Jestem obolały, a moja aktualna temperatura ciała przyciąga kolejne stada tapirów. Na co dzień chodzę z pełną walizką ciuchów, by móc dostosować ubiór do ewentualnej zmiany temperatury. Wsypuję w siebie witaminy i foliowe woreczki z kwasem, a ręce myję po każdym myciu rąk. A i tak co tydzień spotyka mnie to samo. Jestem przeziębionym, zrzędliwym facetem. I cholernie mi z tym źle.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s