Dopadł mnie GAS

 Jeśli wiążesz mój ból z okresem świątecznym, cóż, masz rację. Jeśli jednak spodziewasz się tekstu o ślamazarnej perystaltyce jelit oznacza to, że dokonałem złej autoprezentacji na przestrzeni ostatnich dwudziestu tygodni. GAS wiąże się ze zbyt dużą ilością czasu wolnego, niefrasobliwie przerzucaną gotówką. Ma też wiele wspólnego z powiedzeniem o baletnicy i kiepskich butach. I choć wiem, że złapałem lekką odmianę tej strzygi cieszę się, że nie jestem w tym sam. Czym jest GAS?

 Od zarania dziejów rasa ludzka cierpi na zbieractwo. O ile kiedyś było to przydatne, teraz sprowadza się do wymiany ton niemieckich truskawek na euro i zagracania każdego kąta zakurzonymi klaserami z Zeppelinami. Jeśli pasjonujesz się czymkolwiek to wiesz, że ta wrodzona ułomność jest bezwzględna. Z czasem posiadanie zabawek staje się znacznie bardziej uzależniające od samego hobby. Na krótko po zdobyciu nowej wspinasz się na wyżyny tylko po to, by tydzień później huknąć i szukać nowego sprzętu. A bycie gitarzystą to prawdziwa mordęga.

 Tak, sądziłem, że jestem sam. Budziłem się rano z myślą, że jeśli nie spalę obecnie posiadanej gitary nigdy nie zostanę Van Halenem. Pewnego razu natknąłem się jednak na Guitar Aquisiton Syndrome. Bez znaczenia, czy to Kirk Hammet, potrzebujący całego magazynu na swoją kolekcję, czy bracia Townshend, wożący najpotrzebniejsze graty kilkoma tirami, Malmsteen składujący wartą miliony dolców kolekcję Stratocasterów jak drewno opałowe, czy ja. Wszyscy cierpimy na GAS. Gitary są jak cukierki. Mahoniowa deska z pięknym, kremowym bindingiem i turkusowym topem z klonu. Surowa korina, kontrastująca ze złotym osprzętem i bielą osłony. Wreszcie klasyczny Stratocaster o kolorze, z którego mógłbyś spijać kawę. Takich cukierków chciałbyś całą paczkę ale nie możesz zdecydować czy wolisz zestaw tradycyjny, czy nowoczesny. To akurat mogę ci ułatwić – każda jedna bazuje na technologii z lat pięćdziesiątych i w zasadzie od tamtej pory nic się nie zmieniło. Nic więc dziwnego, że zamiast grania preferujemy zbieractwo.

 Podobnie jak w przypadku noworocznych postanowień, wywalenie kilku wypłat na kawałek deski, przestawiający ściany głośnik i milion kostek, których jedynym zadaniem jest gubienie się ma przynieść nowe możliwości. Tylko to pomoże nam być systematycznym, ćwiczyć nowe zagrywki i pewnie grać koncerty w Wacken. Czy którekolwiek z noworocznych postanowień udało ci się zrealizować? Nie. Podobnie euforia po kupnie czegoś nowego trwa kilka tygodni, po czym z nosem wbitym w ekran planujemy kolejny zakup. Poznajesz taki syndrom?

 Nie wspominam o swojej obiektofilii bez przyczyny. Wszyscy cierpimy na GAS – zbieractwo połączone z ciągłym niezadowoleniem z zakupów. Ba, planujemy sprzedaż na długo przed samym zakupem. Kiedy nabytek ma wpłynąć na nasze hobby, stajemy się baletnicami w ciągle przyciasnych butach. Nowy blender nauczy cię gotować, Nike na sprężynkach sprawią, że wygrasz maraton, a nowa wędka pozwoli ci wyciągnąć amura ze studzienki. Na szczęście mam na to recepturę! Wszystko co kupujesz musi być  w kolorze, który naprawdę lubisz. Po drugie, jak tylko zamówisz swój gwiazdkowy prezent oderwij kabel od Internetu i nie przeglądaj ofert sklepów. Ostatni punkt, najbardziej skuteczny – każdą nową rzecz dokładnie strzaskaj młotkiem. To kompletnie uchroni cię od syndromu handlarza i zapobiegnie ciągłej wymianie fantów na nowe. Tu mała uwaga. Zasada III nie działa w przypadku kobiet. Nowopoznana piękność z dziurą w potylicy wciąż potrzebować będzie następczyni.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s