Buraczana cyberdupo, oddaj mi Pulitzera!

 Mój pierwszy komputer ma już jakieś szesnaście lat i walczy o miejsce w lamusie z odkurzaczem. Oba urządzenia działają, oba podobnie hałasują i podobnie zbierają kurz. Osiem lat temu bowiem zastąpił go nowy, blaszany przyjaciel człowieka. Odgłos jego cybermechanizmów nie przypomina startu F-16, skryte pod czarną blachą zielone płytki mają więcej „czegoś” i z powodzeniem, mimo dość leciwego wieku, radzi sobie z żywotem komputera. Jednak jako człowiek „na swoim” potrzebowałem nowej maszyny. Czarnej jak bombowiec B-22 i równie potężnej, jak wart 2,2mld dolarów Northrop. Dodatkowo, podobnie jak amerykański bumerang, musiał być niewykrywalny dla nieprzyjacielskich radarów Gatesa. Oto stoi przede mną przenośny potwór. Jest czerwony. A to dopiero wierzchołek góry lodowej.

 Jeśli miałbym ustawić budzik jestem przekonany, że rano milczałby jak grób. W nocy natomiast odstawiałby La Cucaracha, pomimo wyboru czegoś z Bizeta. Jeśli odwiedzę Koreę Południową obsługa panelu ich sedesów doprowadzi mnie do utonięcia. Nic więc dziwnego, że po przejrzeniu setek modeli laptopów wykonałem „telefon do przyjaciela”. Dobrze mieć wśród znajomych kogoś ze Spidersweb. Zadałem pytanie rodem z for internetowych, a odpowiedź była błyskawiczna. Asus, z przyrostkiem będącym częścią kodu Da Vinci. Przez kolejny tydzień próbowałem na własną rękę podważyć jego autorytet i znaleźć coś lepszego, a przede wszystkim – tańszego. Gdy czas zaczął się kurczyć, a wstawienie Półnuty kosztowało mnie kilka litrów paliwa, skapitulowałem. Weryfikacji podległ jedynie jego gust, choć zmiana koloru kosztowała horrendalnie dużo.

Pierwsze starcie było przerażające. Czułem się oszukany, gdy ekran zaczął mrugać odcieniami błękitu, a do uszu nie dobiegał żaden dźwięk. Przecież taka machineria musi chociaż zaszumieć! Obawy wzmocniła naklejka, znajdująca się pod prawym nadgarstkiem. Otóż zgodnie z zawartymi na niej przechwałkami, moja nowituka maszyna do pisania ma dwa razy mniej „czegoś”. W panice zacząłem weryfikować sprawę, a odnalezienie panelu sterowania zajęło mi pół godziny. W międzyczasie, omyłkowo, trzykrotnie sformatowałem i tak pusty dysk, zezwoliłem Gatesowi spacerować po prywatnych plikach i, mniej omyłkowo, obejrzałem kilka tyłków nastolatek. Choć finalnie komputer zdaje się być zgodny z zapewnieniami sprzedawcy, wciąż jestem skłonny wierzyć tej małej naklejce. Jest bardziej ludzka. Dlaczego zatem tak długo to trwało? Cóż, po pierwsze, dla osoby pracującej kilkanaście lat na Windows XP, wersja opatrzona numerem „7” jest dowodem sprytu jej programistów. Stopień ukrycia wszystkiego jest zadziwiający. Drugim powodem jest touchpad. Choć mizianie tego ustrojstwa przypomina mi kilka czynności z życia wziętych, ten konkretny przesądził o tytule tekstu. Jest wielkości lądowiska B-2 w północnej Arizonie i próba napisania czegokolwiek kończy się szaleństwem kursora. Według wspomnianej naklejki, sprzęt posiada technologię icecool, która chłodzi nadgarstki. Nie chcę myśleć ile to kosztowało i na co w ogóle mi to cholerstwo, skoro każda próba oparcia nadgarstków kończy się formatowaniem dysku albo podaniem numeru karty kredytowej wirtualnym Azjatkom. Po kilkunastominutowej pracy stawy bolą mnie tak bardzo, że waham się między wstawieniem dłoni do zamrażarki, a zupełnym ich odcięciu. I nic na to „icecool” nie poradzi Tak właśnie straciłem dzisiejszy tekst, który absolutnie nie był poświęcony komputerowi i zniweczeniu kilku godzin pracy przez jego zmyślność.

 W końcu stwierdziłem, że skoro nie nadaje się jako maszyna do pisania, z pewnością bebechy „czerwonego barona” uciągną jakąś grę. Mówiąc jakąś, mam na myśli każdą pozycję wydaną po 2004 roku, bo mniej więcej takie mam zaległości w tym temacie. Przysunąłem się bliżej monitora i zacząłem przeglądać oferty sklepów. Mam wątłą nadzieję, że moje nadgarstki nie złożyły żadnego zamówienia, bo miałbym całkiem spory problem z wypłaceniem się. O dziwo, zainteresował mnie jeden tytuł, którego cena była podejrzanie przystępna. Tylko umiejętność czytania ze zrozumieniem uchroniła mnie przed stratą ciężko zarobionych pieniędzy. Oferta, która okładką i ceną przykuła moją uwagę, nie była grą, a amunicją odblaskową. W tym momencie cisnąłbym myszką ale mogłem jedynie nerwowo pomiziać lądowisko B-2. Jak oni mogą wam to robić, gracze? Udałem się więc do świątyni wiecznych promocji, do zatoki piratów. Niestety, recenzje ograniczające się do słów „fake”, „virus”, „**** you seeder” również zniechęciły mnie do testowania sprzętu. Po wypłacie kupię sobie scrabble albo monopol.

 Ta czerwona elektroniczna pokraka zastraszyła mnie. Siedzę skulony na kanapie, a ona niestrudzenie łypie na mnie cyklopim okiem kamery. Nie mogę w nią rzucić myszką, bo jej nie mam. Trzaśnięcie klawiatury byłoby nierozsądne, a wyjęcie kabla zasilania nie działa. Cholera jest na baterie. Kupiłem laptopa i jedyne, co mogę zrobić żeby wykorzystać jego potencjał, to zabrać go do kuchni. Chociaż nie widzę powodu by to robić. Kiedy miałem składać skargę do wszystkich sklepów świata i żądać wprowadzenia kategorii „komputery dla ludzi” coś się wydarzyło. Moja dziewczyna, z kubkiem herbaty i kanapkami, ustawiła ekran, z kocią gracją kliknęła parę razy w pole macania i odpaliła swój ulubiony serial. To najdroższy sprzęt do odtwarzania telewizyjnego chłamu ale cieszę się, że do czegoś się nadaje.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s