Czego oczy nie widzą

 Wczoraj minęło sześć miesięcy odkąd zacząłem pisać. Oznacza to, że odrobinę się wyrobiłem i w miarę sprawnie mógłbym wytłumaczyć się z braku ostatniego tekstu. Będę jednak absolutnie szczery. Powodem jest postępująca wada wzroku. Po drodze był też dzień, którego nikt nie obchodzi i jak każdy opierałem się wszechobecnemu stylowi go-go, serduszkom i zalewie czerwieni. Zacznę od początku.

 Nie wiem co było pierwsze. Czy te kilka lat temu blask walentynki kopnął mi kilka dioptrii, czy przy jej wyborze kompletnie poszło mi na oczy. Promieniujący od skroni ból i tętniące limo po jej prawym prostym wskazuje na blask. Równolegle traciłem więc zdolność zobaczenia czegokolwiek dalej, niż na wyciągnięcie ręki i spojrzenie na otaczający mnie świat. O ile z biologicznym wyznacznikiem godzin spędzonych przed monitorem poradziła sobie czterooka blond w kitlu, o tyle widzenie szerokokątne zanikało w piorunującym tempie.

 Wada nie została wbita w prawo jazdy, więc okulary przez większość czasu służyły do ich gubienia. Zazwyczaj zalegały w samochodzie, poskręcane i popękane, przygniecione stertami resztek z fast foodów. Nie były zbyt potrzebne – w końcu nie mogłem obracać się za innymi. Skupiłem wzrok na lubej nie patrząc dookoła, co obróciło się przeciwko mnie. W pewnym momencie przestałem dostrzegać skarpety w ich naturalnym środowisku, czyli na podłodze. Brudne naczynia sprytnie umykały mojemu wnikliwemu spojrzeniu, a piszczenie zmywarki było mi obojętne – głuchotę zdiagnozowano u mnie prawdopodobnie zaraz po narodzinach. Potrzeby psa zauważałem dopiero, gdy jego pęcherz strącał mnie z łóżka. Ta zaćma zaczęła zanikać dopiero po kolejnej opuchliźnie po lewym sierpie. Poczułem potrzebę patrzenia i widzenia.

 W sobotę doznałem olśnienia i sprawiłem, że na jeden wieczór przymknęła oko na moje niedoskonałości. Walentynki to świetna okazja na przesłonienie wszystkiego bukietem róż. Możesz udawać, że jesteś ślepy na kiczowatą aurę i niewzruszenie nie obchodzić „święta”. Nie wierz jednak kobietom – zawsze w połowie lutego zaczną przytupywać. Lepiej, żeby nie spędzały tego dnia jak każdego innego. Dlatego bawmy się póki możemy, bo z każdym rokiem (wspólnym) takich chwil jest coraz mniej. Chrońcie więc swoje oczy przed podbiciami i zaćmą gospodarza, a drugich połówek przed łzami.

 I tak oto podczas walentynkowej zabawy zgubiłem swoje okulary. Z mocnym postanowieniem poprawy kupiłem nowe. I może w dopasowanych soczewkach zacząłbym dostrzegać najmniejsze przyjemnostki życia ale stare cholery znalazły się dzień po wybuleniu fortuny na oprawki.

Kto by się spodziewał piosenki w środę?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s