Pokopmy sobie w marcu

 Każdy samochód sporadycznie wymaga oddania na kilka bolesnych godzin do serwisu. Masz wtedy do wyboru przepijanie słodkich cukierków kawą rozpuszczalną w przesiąkniętej zapachem opon poczekalni albo powrót do domu na własną rękę. Serwisant był na tyle uprzejmy by spytać, czy mam się jak do niego dostać. Potwierdziłem. W końcu miałem przy sobie wydrukowane mapy, śpiwór i wszystkie możliwe rozkłady jazdy. Gdybym tylko wiedział.

 Kloaka. Tak w myślach wyrażałem się na temat mijanych robót drogowych, jeszcze w wygodnym wnętrzu samochodu. Cieszyłem się, że za kilka kilometrów samochód stanie na podnośniku u mechaników przeczuwając rozległe i kosztowne uszkodzenia zawieszenia, zalanie elektroniki, wybicie dysków mojego kręgosłupa i wylew. Na najeżonych tablicami witkach ruchu wahadłowego zabrakło dwóch niezwykle istotnych informacji: „kierowco, rozpieprzyliśmy wszystkie możliwe drogi” i „tu przenieś swój samochód”. Mijając co trzy metry znaki ostrzegające przed dziurami nieco uodporniłem się na wizję dyskomfortu. Zapadając się jednak po lusterka w leju po bombie atomowej z prędkością podyktowaną przez jedną z setek błyskających blaszek czułem, że przegapiłem ważną tabliczkę.

 Trasa powrotna była misternie zaplanowana. Za cel podróży ustaliłem dom rodzinny, oddalony jakieś dziesięć minut jazdy od fiatowskiego ASO. Nieco speszony wsiadłem do autobusu i po znalezieniu miejsca na zadek wyrzuciłem nogi na sam środek przejścia. Siadłbym skromniej ale okazało się, że moje uda wyposażone są w mięśnie przywodzące. Nie wiedziałbym tego, gdybym podczas próby wciśnięcia odcinka kolana-kość guziczna między dwa oparcia nie doznał skurczu (potworny ból). Po opuszczeniu autokaru i dziesięciu minutach marszu odkryłem wadę niezawodnych samochodów. Otóż nie rozstając się z wozem ani na chwilę, pozwoliłem sobie na dopięcie kluczy od mieszkania do pilota autoalarmu. Byłem prawdziwie zdruzgotany ale na szczęście w kieszeni wciąż ciążył brelok z nowego mieszkania.

 Komunikacja miejska jest dla mnie czarną magią. Zdążyłem już przywyknąć, że gdy muszę z niej awaryjnie skorzystać, na dworze jest minus trzydzieści (nawet w czerwcu), a śnieg wali prosto w twarz (i dostosowuje kierunek, by zawsze trafiać). Kiedy jednak miasto oblegały miniaturowe koparki i faceci w kamizelkach czułem się zagubiony. Nerwowo szukałem w pamięci wszystkich komunikatów dotyczących utrudnień, które studiowałem na tydzień przed wyprawą. Niestety, napisały je absolutne głąby, które z sienkiewiczowską determinacją opisywały pola, nie podając żadnych informacji o nadchodzącej apokalipsie. Wystarczyłoby: jak, gdzie kiedy. Owszem, zamieścili notkę o nowym rozkładzie jazdy, którym to z kolei nigdzie nie podzielili się. Jak również tym, w jakie dni linię realizuje tramwaj, a kiedy autobus. Co zważywszy na odległość przystanków wydawało mi się dość istotne. Musiałem jechać na czuja. Zapach współpasażerów uzmysłowił mi, że było to błędem.

 Po przesiadce odczułem pewną dozę ulgi. Kolejne kilka kilometrów w żrącym 2kWh/km tramwaju przejechałem jako jedyny pasażer. I to na gapę – motorniczy nie był w stanie wydać mi dwudziestu groszy reszty i odmówił przyjęcia korzyści majątkowej tej wysokości. Ulgę zwiększyło delikatne poczucie wyższości. Oto ja, dwa metry nad ziemią, spoglądałem na kilometrowe korki i zdesperowanych ludzi, faszerujących się antydepresantami i nerwowo stukającymi w olbrzymie telefony. Kłamię, zazdrościłem im stania w korku – w końcu im nikt nie nakaszlał do ucha. Tak czy inaczej, cała trasa, wliczając w to fatalny błąd z kluczami wyniosła 16,5km. Dystans ten, dzięki wzmożonym wysiłkom przewoźników i ekipom remontowym, czekającym na dalsze prace do odwilży, zajął mi dwie godziny. Oznaczało to, że po wypiciu kubka dobrej, parzonej kawy znów musiałem wpakować się do wnętrza zdezelowanej Setry.

 Kiedy planuję remont mieszkania wybieram jedno pomieszczenie, by w miarę sprawnie zamienić pobojowisko w coś przydatnego. Gdyby kurek z banknotami na jakiś czas przytkał się, nie musiałbym poruszać się po całym mieszkaniu jak po poligonie. A najważniejsze, dobieram taką porę roku, by nie obawiać się śniegu paraliżującego dalsze prace. Proponuję jednak trwałe rozwiązanie problemu kulejących robót drogowych i komunikacji miejskiej. Zainwestujmy w rury, będące większą kalką basenowych atrakcji. Zakładasz kombinezon chroniący przed stopieniem skóry i w zależności od pożądanego dystansu, wjeżdżasz windą do odpowiednio wysoko położonego boksu startowego. Zero korków, hałasu i spóźnień, koniec walk emerytów z rencistami o miejsce siedzące. A w razie tragicznego zerwania trakcji – mniej kopania.

PS: wszystkiego najlepszego, moje czytelniczki.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s