Sam jesteś noga

 Chęć opieki rodzi się w mentalności człowieka na sekundę przed ząbkowaniem. Mniej więcej w tym wieku dostrzegasz różnicę między krową a sąsiadem (lub wręcz odwrotnie) i pragniesz posiadać własne zwierzątko. Takie, które mógłbyś tarmosić bez skutków ubocznych w postaci rzeczywistej opieki. Jeśli wychowałeś się w duchu rave i gotowania heroiny pewnie szukasz swojej ukochanej tarantuli. Będzie to trudne, bo zżarł ją twój ulubiony pyton. Jeśli nie posiadasz żadnego sprzętu z wiszącymi kablami możesz pozwolić sobie na fretkę albo królika. To jednak niewielkie pocieszenie dla bycia bezdomnym. Wybór ogranicza się do psa i kota. Wreszcie mogę być obiektywny.

 Mój kot niejedno ma imię i choć na żadne nie reaguje, ostatnimi czasy zauważyłem drobną poprawę na hasło „zamknij ryj”. Cierpi na syndrom przedschroniskowy, a w zasadzie przeduśpieniowy. Z kotem nie możesz zrobić zbyt wiele. Jeśli jest to samiec, prawdopodobnie jedynym sensownym posunięciem jest targnięcie z obcęgami na jego włochatą dumę. To jednak sprowadzi go do roli mebla, sporadycznie zmieniającego miejsce. W dodatku śmierdzącego o wiele gorzej, niż przeciętny kredens. Na kocie „wypadki” nie stworzono żadnego detergentu co komplikuje sprawę, jeśli z premedytacją wybiera twoje najdroższe buty. Możesz dosypywać do miski, grzebać w kuwecie (której zawartość przyprawi cię o tęgoryjca) i żuć fioletowe Airvawes, znakomicie maskujące posiadanie kota. Opieranie tekstu na tym zwierzaku byłoby nierozsądne.

 Mieszańca boksera z amstaffem poznałem ponad cztery lata temu i był to dodatek do mojego wyboru sercowego. Od kilku tygodni mam okazję mieszkać z tą dwudziestopięcio kilogramową suką (dalej w kontekście zwierzęcia). Cierpi na syndrom postschroniskowy co oznacza, że lęka się kompletnie wszystkiego. W bezwietrzne dni jej woń jest nawet znośna, nie ślini się i świetnie sprawdza się jako budzik dla ludzi cierpiących na nocny bezdech. Psowate ponoć upodabniają się do właścicieli co nie najlepiej o mnie świadczy. Stawia mnie bowiem w świetle ograniczonego umysłowo tchórza, maniakalnie goniącego swój krótki ogonek. Musiałem nauczyć się kontrolować wewnętrzne emocje, które ponoć pies potrafi rozróżnić. Z moich obserwacji wynika, że głupol nie odróżnia szczęścia po wygranej w loterii z próbami samobójczymi. Co więcej, z chęcią pomogłaby dociągnąć pętlę. Warto jednak spróbować, więc szukam wewnętrznego Chi.

 Cały problem leży w ewolucji. Nie nadała ona psom wyższej psychiki, czy inteligencji. Przyniosła całemu światu kablówkę i niewysokiego Meksa ze śnieżnobiałym uśmiechem, który oddechem potrafi rozłożyć rottweilera mordercę. Teraz Cesarem jest co drugi Polak i z podobnym uśmiechem wciska swoje rady. Pierwszą z nich było: ogranicz komunikaty do kląskania i mlaśnięć. Idąc ulicami jak prawdziwie ograniczony umysłowo przykląskałem do siebie wszystkie okoliczne stada nietoperzy, podczas gdy pies dalej wyginał się w pałąk na trawniku sąsiada. Kolejna: skup się na emocjach, a nie sensie komend. Postanowiłem więc opowiedzieć psu o swojej pracy. Nie zadziałało. Na „nadgodziny” nie podchodzi do misek, a na „przetarg” nie wyciąga łapy. Następnego dnia pies czuł się na tyle sterroryzowany, że bez wyraźnej komendy nie odchodził od nogi. A że takiej komendy jeszcze nie wymyśliłem, do porannej toalety przez chaszcze musiałem prowadzić osobiście. Prawdopodobnie ponieważ siada pół metra od miejsca, które sobie uwidziałem mój pies jest agresywnym potworem, nadającym się wyłącznie do cyklu kosztownych szkoleń w duchu zwierzęcych personal coachingów.

 Ostatnią bzdurą jest walka na spojrzenia. Dotychczas sądziłem, że to oznaka agresji i raczej nie powinno się być natrętnym. Teraz wiem, że może to trwać dobrych kilka godzin, po których pies albo odgryzie ci łeb, albo po najzwyczajniej zmieni plany na resztę popołudnia i odejdzie. Przepraszam kochanie ale dziś dzieci nocują w przedszkolu – nasz rattler postanowił na mnie spojrzeć. Gdy jedni pałują psy do nieprzytomności i wywalają przez okna, inni kładą je na kozetkach. Prawda jest dla mnie dotkliwa – nieważne ile razy wyjdziesz z psem podczas tsunami i jak długo go głaszczesz. Ważne, czy twoja ręka dorzuca coś do miski. I to coś racjonalnego. Sam pamiętam wyśmienitą kolację a nie to, jak się po niej siedziało dnia następnego. Życzcie mi szczęścia, idę przebijać się przez „Etykiety spacerowe cz.1”, „Masaż tantryczny – bokserowate” i „Poradnik kulinarny dobrej perystaltyki”. Albo dam jej podwawelskiej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s