Zielona szkoła

 Niezależnie od ilości nibynóżek, umaszczenia czy środowiska naturalnego, całą florę można podzielić na trzy kategorie. Oczywiście jest to przesadna, ludzka miara, którą zwykliśmy błędnie opisywać wszelkie stworzenia wokół nas. Pierwsze dwie z nich to zwierzęta ładne i pozornie smutne. Ostatnia grupa to istoty, których od wieków nie potrafimy skutecznie wytępić. Skoro, jak się okazuje, człowiek nie włada niszczycielskimi mocami, w teorii zajął się czymś konstruktywnym. Bo całun opieki jest czysto teoretyczny.

 Oszczędzanie każdej kropli paliwa wydaje się być umiejętnością wrodzoną większości kierowców, a przynajmniej, gdy kontrolka rezerwy zaczyna niemiłosiernie razić ich w oczy utrudniając dalszą podróż. Grupa szaleńców, zapewne przypięta do pnia przydrożnego drzewa, zaobserwowaną tendencję zaczęła nazywać eco drivingiem apelując o postrzeganie przedrostka jako kwestię kondycji matki natury, a nie ekonomii. Nietrudno zgadnąć, że wizja diesla zużywającego litr oleju napędowego na dystansie odpowiadającym równikowi spodobała się wszystkim. Tak to się zaczęło.

 Do tej pory gaszenie silnika przed każdą próbą ruszania i start z losowo wybranego biegu był raczej powodem do drwin i zwiększenia atrakcyjności automatów. Staliśmy się jednak bardziej tolerancyjni. Akceptujemy widok dwutonowego, luksusowego wozu, który z trudem przezwycięża siłę tarcia ruszając z szóstego biegu i jego kierowcy, którego krople potu po wycieńczającym manewrze skrzą się zielonym światłem eko-lampek i eko-komputerów. Zamiast liczby przejechanych kilometrów, kokpit wyświetla liczbę uratowanych humbaków, a obrotomierz po przekroczeniu wartości trzech tysięcy zwymyśla cię od morderców i ukaże smutne zdjęcia postrzelonych fok. Rzecz jasna, wszystkie te diodki, ekraniki i systemy nie wymagają ani kropli paliwa do poprawnego funkcjonowania, broń boże. Czerpią energię skądś indziej. Pszczoły, nektar, księżyc, któreś z nich z pewnością jest źródłem.

 Przyjmijmy jednak, że twój samochód nie stara się myśleć za ciebie ale wciąż pragniesz zwiedzić Półwysep Helski i Krupówki mając w baku wyłącznie ogniska korozji. To mniej więcej tak, gdybyś ograniczył dietę do jednej brukselki dziennie zachowując wszystkie aktywności i wysiłki. Wyłączasz klimatyzację i szczelnie domykasz szyby, zaklejając je grubą warstwą taśmy dla poprawy aerodynamiki. Umierasz wskutek udaru, powodując uśmiech na pysku mniszki antylskiej. Do startu i jazdy używasz jednego, najwyższego biegu, ze skrzyni biegu korzystając wyłącznie w celu zatrzymania pojazdu. Wyłączasz silnik dojeżdżając do świateł, a pasażerów wyrzucasz w locie dla zaoszczędzenia kropli destylowanej ropy. Przykładnych postaw można wymieniać bez końca, istotny jest jednak efekt.

 Blok silnika zawładnięty przez tony nagaru. Początkowo czyszczenie i wymiana świec, później problemy z kompresją i odpowiednim smarowaniem układu. Sprzęgło i skrzynia biegów skatowane rolą hamulca, a klocki i tarcze, w normalnych warunkach odpowiadające za zatrzymywanie pojazdu, zapiekając się stanowią zbędny, bezużyteczny balast. Oby tylko żaden szarak nie wyskoczył przed maskę! Akumulator, którego żywotność była całkiem rozsądna, teraz starcza na przejechanie jednej upstrzonej sygnalizatorami mieściny. Sam silnik z kolei, to niezgrabne połączenie litrażu Malucha z turbiną wielkości lotniczego Rolls-Royce’a Trent1000. Mariaż niedoskonały, rzekłbym. Wracając zatem do tematu, gratuluję kolejnego zaoszczędzonego litra paliwa na dystansie stu kilometrów. Myślę, że cała księga dżungli będzie niezwykle szczęśliwa z kapitalnego remontu twojego samochodu. Bo przecież produkcja tych części i ich transport nikomu nie przeszkadza.

 Ostatnimi czasy media zainteresowały się tematem krów i słychać ciche spekulacje, że ich zady wyposaży się w filtry cząstek stałych. Każda sztuka ekologicznego samochodu jest budowana w tylu miejscach na ziemi, że aż dziw, że udaje się je w końcu złożyć w całość. Na liście gatunków zagrożonych, oprócz pięciolitrowych Mustangów, znajduje się goryl równinny. Podobnie jak setki innych nie znika z planety przez żwawiej jadące Hyundaie, a przez wycinkę lasów i fizyczne ingerowanie w środowisko naturalne. Goryla nie obchodzi pojemność twojego silnika, a ilość eko-naklejek na kokpicie i stron eko-instrukcji samochodu. Oznacza to, że eco-driving absolutnie nie wpływa na populację małp, czy zasobność portfela. Chyba, że koncernów motoryzacyjnych, którym udaje się sprzedawać coraz więcej mniej żywotnych maszyn. Jak tak dalej pójdzie załatwimy wszystkie nieznane gatunki zwierząt i roślin, a zaraz potem Jaguary, szarżujące byki i konie, te galopujące i stające dęba. Uśmiechnie się z pewnością sprzedająca miliony oszczędnych maluchów Skoda, w której znaczku jest rozjechany dudek. A nie, to Indianin, gatunek wymierający.

PS: Od nowego roku wszyscy kursanci jeżdżą „na ratunek humbakom”. To znaczy, że zamiast drogi, uczą się obserwacji wskazań obrotomierza. Gatunków zagrożonych może drastycznie przybyć.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s