Kowloon City Center

 Tajemnicze tępienie wszystkich roślinek powyżej metra dwudziestu zdaje się być symbolem przemian i dobrobytu. Obszary trawiaste o powierzchni mieszczącej więcej niż przenośny szalet są bardzo szybko molestowane dalmierzami, a wszystkie drzewka eksmitowane z korzeniami. Nie oznacza to jednak, że placki miejskiej zieleni stają się jakkolwiek bardziej zadbane. Wciąż nieznane jest życie pod kopułą metrowych perzów, pokrzyw, rukiewników i konyz i nikt nie ma bladego pojęcia do jak niemoralnych aktów dochodzi tam w ciepłe majowe wieczory. Wycinka to znak, że możemy kupować więcej. W kilku miejscach jednocześnie.

 Każdy rozsądny człowiek wybierający się na szybkie zakupy prawdopodobnie zaparzy kawę i rozsiądzie z laptopem w jakimś przyjemnym miejscu. Gdyby nie uzależnienie od jedzenia i sporadyczne zakupy ratalne (przekazanie umowy kredytowej kurierom nie wydaje się najlepszym pomysłem, potrafiliby zgubić własną matkę) tradycja sobotnich zakupów zniknęłaby na zawsze. Przynajmniej w moim przypadku. Nie przeglądam gazetek i nie interesują mnie dwudziestoprocentowe upusty na precle. Wybieram sklep, który mijam po drodze do domu i jak każdy normalny człowiek zaciskam zęby, gdy wśród regałów klientela zachowuje się jak bezmózgie cząstki atomów, obijając się o wszystko na swojej drodze. Właściciele wielkich sieci sądzą jednak, że stawiając kolejny moloch w odstępie piętnastu metrów od konkurencyjnego ściągną mieszkańców wszystkich okolicznych wiosek na zakupy, robiąc tym samym interes stulecia. Rzeczywiście.

 Efektem tego są kolejne żółte tablice informujące o tym, który magister inżynier koordynuje stawianie blaszaka z przesuwnymi drzwiami, sterty kompostu ze świeżo ściętych akacji, i brukowane czerwoną kostką parkingi świecące pustkami. Nie ma takiej sieci handlowej, która jeszcze nie postawiła swojej filii w promieniu pięciu kilometrów od krzesła, na którym siedzę. Wypuszczając się za miasto nie szukam zieleni, a billboardów głoszących: „Ikea – 35km”. Największym popisem regionu było wyrównanie głębokiego na dziesięć metrów wąwozu na potrzeby niemieckiego samoobsługowego kurdupla, ostatniej sieciówki bez reprezentanta w rejonie. Artysta architekt nie był jednak w stanie przewidzieć, że wjazd na jego teren będzie kompletnie niemożliwy, a mieszkańcy pobliskich bloków poczują się jak w Kowloon City, codziennie przyglądając się z okien swoich mieszkań powolnemu rozkładowi blachy falistej. Klienci się nie pokazali. Absurd zamienia się w kwadratowy i nieco zbyt szarawy pejzaż, upstrzony cenowymi hitami wartymi katastrofy lądowej. Podczas gdy na zachodzie, market „na te” (w którym, zgodnie z powiedzeniem, jest tanio „na ka”) zajmuje najniższą kondygnację kamienicy mieszkalnej i ma wyjścia na obie okalające go przecznice. Nie kojarzę w nim doprowadzającej każdego stoika do furii muzyki na bezpłatnej licencji. Nikt też nie odbezpiecza krótkofalówki gdy próbujesz wtargnąć do środka przez pustą kasę. Wzór zachodnich sieci handlowych został skradziony przez wybitnie nieudolnego szpiega marketingowego. Dlatego też sam robię zakupy w sklepie, który prawdopodobnie upadnie wraz z wątrobą jego ostatniego klienta. Nie dlatego, że jest najbliższy, o nie.

 Najbliższy bowiem, z pięknie wzorowanym dachem i fikuśną elewacją, moloszek, jest totalnie bezużyteczny. Dlaczego? Otóż obsługa przyzwyczajona do braku ruchu nie zaprząta sobie głowy wykładaniem towaru. Jeśli uda ci się zgarnąć jakieś resztki, to pomimo bardzo budujących obietnic dotyczących obsługi klienta dyndających nad zakratowanym sejfem z papierosami, nie zastaniesz nikogo przy kasie. Po upływie kilku minut chodzę z wściekłą miną szukając żywej duszy, która mogłaby przyjąć wulgarną reklamację, po czym bez sukcesu zostawiam tygodniowe zakupy na taśmie podajnika i wychodzę. Nawet jeśli wyniósłbym to w cholerę nie płacąc, w kasie nie odnotowaliby manka. Na domiar złego atakuje mnie emeryt w schludnym sweterku i z jakimś rodzajem przycisku bezpieczeństwa w tylnej kieszeni. Z racji jego wieku cedzę przez zęby „znów się nie udało”, życząc mu wszystkiego najgorszego za podejrzenie mnie o kradzież.

 Nie poruszyłoby mnie to aż tak bardzo ale z okazji pięknej wiosny i jeszcze istniejących parczków i lasków chciałem kupić rower. Nie było to możliwe w czterech punktach. Nie było też możliwe poznanie terminu kolejnej dostawy, zarezerwowania modelu czy poznanie lokalizacji kolejnej placówki. Dziwnym jest, że nie udało im się upchnąć całego braku towaru i obsługi „w czym nie mogę pomóc?” w jednym tylko sklepie. Na zakończenie głupawych pomysłów o zdrowym życiu zdecydowałem się na piwo z chipsami. Po otwarciu paczki z przerażeniem myślałem o grzechu obżarstwa i przejedzeniu, które raczej mi nie groziły. Gdyby napełnić ten worek aromatyzowanego powietrza smażonymi ziemniakami, z dziesięciu paczek zostałaby jedna. Gdyby zrobić to z każdym chłamem, który nam wciskają moglibyśmy ograniczyć liczbę marketów dziesięciokrotnie. I tak oto zamiast zachodu jest królestwo chińszczyzny, Kowloon pełen opuszczonych baraków i wyciętych drzew.

PS: Wbrew obietnicom skrawki tekstu z ubiegłego tygodnia napotkały ścianę nie do przepchnięcia.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s