Anatomia polskiego Fiata

 Jako jeden z nielicznych cieszę się z panujących upałów. Zbliża się bowiem mój urlop i jest cień szansy, że słońce nieco się zmęczy zanim to nastąpi. Podekscytowany przeglądam oferty dwóch największych graczy branży wypoczynkowej – Castoramy i Intercarsu. Jest trop. Czy poczciwy punciak ma w sobie coś bardziej nadwiślańskiego, niż dziadka z dopiskiem „p”?

 Zazwyczaj w tę piękną porę roku nie obchodzi mnie gospodarka, przemysł, ani tym bardziej cała masa gumowo-metalowych wnętrzności samochodu usianych bez ładu pod karoserią. Po przekroczeniu magicznej bariery te ostatnie elementy zaczynają nawalać w sposób zsynchronizowany. Najlepsze co możesz zrobić, to przyglądać się rowkom, wypustkom i cyfrom wybitym na bezużytecznych już częściach i porównywać z katalogowymi zamiennikami. Wśród oznaczeń trudno przeoczyć polski akcent. Fiat ma wiele wspólnego z naszym krajem – spora linia produkcyjna, polski maluch, czy w końcu zmotoryzowanie kolejnych pokoleń serią tanich małolitrażowych samochodów. Rzecz jest jednak dużo, dużo szersza.

 Wynalazek Henry’ego Forda byłby niczym bez podwykonawców, zapewniających stały dostęp do najgłupszych nawet części. Zazwyczaj efektem ich prac są podzespoły od nowości wyglądające jak hutniczy odpad z uszczelką. Połączenie tych odlewów pod maską w dość nieestetyczny sposób pozwala ci wsiąść do kokpitu, wrzucić jedynkę i ruszyć na urlop. Szukając „pierdoły, która strzeliła tym razem” będziesz się przebijać na przykład przez wiązki kabli Delphi, firmy z siedzibami w różnych częściach kraju, pospinane obejmami z Pilicy. Bo mówię tu nawet o tak drobnych detalach. Jeśli nie spędziłeś zbyt dużo czasu przed monitorem, może uda ci się rozszyfrować napisy na śrubkach. Ja nie potrafię ale zakładam, że robią je gdzieś w Łódzkim. Praktycznie rzecz biorąc każdy element jaki znajdziesz w Fiacie można przypisać do konkretnej miejscowości w Polsce. Oczywiście marka ta nie jest odosobniona i „nasi” zawodowo trzaskają na taśmach części do wozów klasy premium. Można debatować na temat przyszłości Żerania czy kondycji Tychów ale jedno jest pewne. Fabryki to wciąż sporo miejsc pracy, a grawer „made in Poland” nie jest jakimś rarytasem. Czyli przemysł nie tak do końca leży. Byłoby wspaniale.

 Gdyby tylko zastosowane przez Fiata dywaniki nie nazywały się „Geyer-Hosaja”, a bardziej swojsko, na przykład „Do-pedałów-wdeptania”*. Gdyby z linii produkcyjnej w Tychach nie zjeżdżała kolejna Panda, a seksowna Syrena. Gdyby Tadeusz Jelec nie pracował nad kolejnym boskim XKRem, a zagrażającą pozycji Brytoli nową Warszawą. Choć wiele słyszy się o reaktywacji starych konceptów, a roadster Szwajów – Leopard – osiąga astronomiczne ceny, młodzi i zdolni projektanci prą na zachód wspierając wielkie koncerny. Szkoda. Cieszmy się jednak, bo fabryki rzeczywiście stoją na naszych polach. Setki ludzi ma szansę załapać etat i dzięki ich pracy, mój urlop będzie niezwykle urozmaicony. I jakże swojski!

* Co nie miałoby sensu – jakkolwiek przekład Geyer był kuszący (i prostacki), oba człony to nazwiska.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s