Koniec z półśrodkami

 Jeśli w kółko słyszę dwa newsy to jestem przekonany, że gdzieś w głębi czają się numer trzy i numer cztery, przyćmiewające poprzednie swoją wagą. Aż strach pomyśleć co to, skoro na fali pozostaje temat bankructwa Grecji. Po dotarciu do listy dodatków i premii tamtejszych pracowników państwowych totalnie odechciewa mi się żartów. Odradzę natomiast zakup działki pod Partenonem nawet za bezcen. Przez całe te jońskie kolumny panują tam cholerne przeciągi, nienajlepsze dla korzonków. Całe szczęście stajemy się bardziej tolerancyjni i zamiast o Monopoly w świecie realnym zaczynamy troszczyć się o ćpunów.

 Przez kilka ostatnich dni dopalacze stały się absolutnym numerem jeden i obecnie każdy z łatwością wyrecytuje skład chemiczny dowolnie wybranej saszetki. Z zaciekłością wykrzykujemy słowo „narkotyki”, jak gdybyśmy na nowo wycinali hipisów. I podczas gdy wszyscy mówią i wiedzą wszystko, kolejne przyćmione osobniki wjeżdżają na izby przyjęć. Co ciekawe, podobno do szpitali trafiają też ofiary wypadków samochodowych, topielcy, zawałowcy i podchmieleni jak szpadel. W międzyczasie do kostnic wjeżdżają łebki, którzy nieszczęśliwie zaliczyli złoty strzał przy pierwszym podejściu do „twardych”. Choć to wszystko dzieje się równolegle, nie pamiętam kiedy ostatnio telewizor odradzał mi kokainy albo na tle wózka przypominał o czepku.

 Pojawiają się spoty. Gdyby ich pomysłodawcy tworzyli po praktycznym zbadaniu zagadnienia, efekt prac możnaby ocenić jako całkiem zadowalający. Oglądając je nieuważnie wydawać by się mogło, że wydanie piwa nieletnim ocaliłoby życie wszystkim szukająch wrażeń i zabawy młódkom. Jako społeczeństwo rozwojowe lubimy kupować jaja kur z wybiegu, potępiać GMO i serwować czereśnie z ziemią. Patrząc na wydźwięk setek wypowiedzi, ich esencją jest dość hipisowskie podejście – liście koki, tytoniu czy szyszki chmielu są naturalne i tkwią w glebie zgodnie z aktualnie obowiązującymi przepisami dżungli. To oznacza, że w niedługim czasie nawet najbardziej konserwatywne obywatelki pod beretką będą żądać zdrowej, niepryskanej i niepokalanie czystej kokainy dla swoich wnucząt. Przecież Bóg nienawidzi bardziej Półdiabła niż Arcydiabła.

 Zrujnowałoby to namiastkę gangsterki i fajności całych pokoleń. Zniknęłyby hip hopowe podszczeki a zwolennicy reggae zauważyliby konieczność stworzenia nowej melodii po pięćdziesięciu latach oklepywania gatunkowego standardu. A przecież są kraje (i stany), w których pewne rzeczy są zalegalizowane i dostępne dla każdego. Dajmy na to Holandię, w której z wątpliwą korzyścią dopuszczono handel marihuaną. W przeciwieństwie do naszych rodaków, mieszkańcy Niderlandów nie biegają do coffee shopów jak kot za walerianą i nie opuszczają spodni do kolan na czas szyfrowanej rozmowy o trawie. I, o dziwo, w przeciwieństwie do Polaków po chwili relaksu nie objawia im się Chrystus na słoniu. Jasne, zakazany owoc smakuje najlepiej ale mam nieodparte wrażenie, że u nas nie zadziałałoby to w ten sposób. Spalilibyśmy się żywcem, w myśl nowoczesnej trójpolówki.

 Czy problem w ogóle istnieje? Czy osoba, która mniej lub bardziej świadomie kupuje połyskującą folię ze sproszkowanym domestosem o absurdalnej nazwie i szprycuje się do upadłego ma we mnie wzbudzać współczucie? Brzmi to jak nowe podejście do selekcji naturalnej i pomysłowy sposób na wycięcie w pień nałogów – doprawienie szczyptą świństwa wszystkich prochów na rynku mogłoby odstraszyć potencjalnych klientów. Nikt przecież nie zabroni młodym być młodym. A ci zeżrą toster albo zaatakują muflona z główki jeśli tylko spowoduje to upragniony szum.

 Prawdziwym problemem jest ciągłe latanie za tymi półgłówkami. Przyjazd karetki, wepchnięcie na tomograf przed oczekującymi od pół roku na badania, przyjazd policji, czas antenowy, zbiorowe poruszenie i lamenty. Jeśli gadające głowy mają rację i „ofiarami” są ludzie nieśmiali, chcący zabłysnąć w towarzystwie, to obawiam się, że kula śniegowa dopiero ruszy. Trzydziesto milionowa publiczność za kilkadziesiąt złotych brzmi całkiem nieźle.

 Nietrudno zauważyć, że zawsze będziemy jeden krok za dilerami, a na ulicach rozprowadzać się będzie coraz mocniejsze saszetki do celów kolekcjonerskich. Czy jest rozwiązanie? Cóż, gdzieś między „rozstrzelać” a wizją Korwin-Mikkego jest dość świeży pomysł Greków. Sto euro za nie rozprowadzanie prochów. Pięćdziesiąt za nie palenie. Dwie dyszki za nie kolekcjonowanie…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s