Artykuł sto trzydzieści trzy

 Wydawanie albumów to raczej ostatnia rzecz, jaką przejmuje się głodujący muzyk. Powód jest całkiem prosty – koszt porządnego krążka nie zwraca się z dostateczną nawiązką. Dlatego ceny płyt są wywindowane tak, by usatysfakcjonowały portfel każdego, z kim zespół musi podzielić zyski. Bez względu na cenę nie znajdują wielu nabywców, bo promocje w zatoce piratów są znaczenie korzystniejsze. Pomijając tantiemy i mniej lub bardziej stałą sprzedaż długookresową, to koncerty są upragnionym zastrzykiem zielonych dla muzyków. Przecież głód heroinowy trzeba zaspokoić tu i teraz, a nie po przekroczeniu miliona odsłon na youtube.

 Jakąś część widowni hal i stadionów stanowią ludzie korzystający z licznych dziur w płocie. Koncertowi Robin Hoodzi dzielą się swoimi sposobami darmowego wstępu z garstką ludzi, której liczebność jeszcze nie podpada pod żadne paragrafy. Rzecz jasna, za symboliczna opłatą. To właśnie ten moment, gdy basista zaczyna grać za darmo – jego ćwierć publiki płatniczej wlazło między sztachetami. Po zliczeniu puli z biletów i podziale na kolejne kapele okazuje się, że trzeba zracjonalizować wykorzystanie kalorii na następny miesiąc albo znaleźć nieco bardziej rentowne zajęcie niż muzyka. Bardziej opłacalne jest lanie piwa i obracanie kiełbas na ruszcie albo wejście w rozgrzany tłum z całą apteką prochów.

 „Męskie Granie” zmieniło się odkąd osobą w centrum jupiterów był Wojciech Waglewski. Zmieniło się do tego stopnia, że w najnowszych edycjach śpiewają wypastowane skórzane trepy i kapelusze wzorowane na latach czterdziestych, a sam festiwal bazuje na bardzo niezdrowej manierze bycia fajnym. Dlatego o ile rok temu chciałem zobaczyć Lipnickiego rozsadzającego żywiecką scenę, po usłyszeniu tegorocznego singla piję wyłącznie Tyskie. Choć w tym kontekście pewnie warto by było sięgnąć po Heinekena. Pomimo silnego postanowienia i odpowiedniego przygotowania nie udało mi się zobaczyć zeszłorocznego koncertu, za to niemal zszedłem na astmę.

 Otóż kierując się logiką wyjazd zacząłem od poszukiwania lokum na cały weekend. Region przyciąga tłumy turystów, zwłaszcza w okresie wakacyjnym. Po wielu trudach udało się. Cena koszmarna, pokój położony tak daleko od żywieckiej muszli, że do łóżka dotarłbym po siedemdziesięciu dwóch godzinach marszu. Akurat na czas, by uregulować należności z właścicielką. Ta, z kolei, nigdy nie wietrzyła piwnicznej skrytki nazwanej roboczo kwaterą, pozwalając kurzowi i stęchliźnie powłazić w rosochate płyty OSB, będące szykownym wykończeniem ścian, sufitów i podporą dla łazienkowego linoleum. Znalazłem się w największej dziurze świata na połamanej amerykance. Bez biletu, dziesięć godzin marszu od najbliższego konika.

 Wejściówki zniknęły w szaleńczym tempie. Nic dziwnego, cena była niewiarygodnie niska. Do czasu. Poczułem się jak jeleń z racicą we wnykach bezskutecznie obdzwaniając wszystkich dystrybutorów i działy obsługi klienta. Zeszły wszystkie, co do sztuki. Pomimo olbrzymiego wyprzedzenia z jakim zająłem się tą sprawą nie było dla mnie ratunku. Na pocieszenie, pani zaoferowała mi bilety na każdy inny koncert tej trasy, co ciekawe, odbywający się znacznie wcześniej niż mój wymarzony. Zacząłem szukać i, nie wiedzieć czemu, kompletnie zaskoczyło mnie istnienie grupy handlowej na facebooku. Banda złodziei i cinkciarzy założyła stronę poświęconą szemranym transakcjom związanym z tym wydarzeniem. Pięciokrotne przebicie cen. Niech to szlag. Na kilka dni przed koncertem po zaproponowaniu pięciokrotności jednemu z takich koników zostałem nazwany pajacem. Tylko znacznie gorzej.

 Bardzo się zatem cieszę, że mam skrzywiony gust. Dzięki temu kilka lat temu zobaczyłem swoją ulubioną kapelę na żywo za cenę podyktowaną przez organizatora. Chętnych nie było aż tak wielu. Z powodu wątpliwej wrażliości artystycznej nie lubię twórczości pani Welch, której występ został wyprzedany dobre pół roku wcześniej. Współczuję każdemu fanowi, któremu zależało na bilecie. Nie na kilku stówach z późniejszej sprzedaży, a na wejściu na płytę łódzkiej areny. Granie przestaje być opłacalne. Dlatego na scenę mogą wparować skórzane trzewiki, a publika pocierać dziąsła tyłem do grajków. Dlatego też „Autobiografia” leci w radiu od trzydziestu trzech lat, na zmianę z Panasem, a gwiazdą dni Niegocin jest Kombi. Jeśli zespół Video jest zestawiany ze słowem „najlepszy”, a Bednarek otrzymuje taki tytuł w kategorii wokalisty rockowego oznacza to tylko jedno. Mamy jednego wokalistę i jeden zespół w kraju poniżej wieku emerytalnego. To nic takiego, w końcu moda na vintage hula w najlepsze. Obejmując też, wprost z peerelu, koników.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s