Bad corpo

 Bernsteinsee, kilkanaście kilometrów od Wolfsburga. Niewielki kurort pośrodku niczego, zadbany w stopniu wzbudzającym zachwyt. Wyściełana trocinami, przestronna stajnia, plac zabaw, który da wiele frajdy nawet trzeźwiejszym dorosłym i pierwszy wyciąg nart wodnych, jaki w życiu widziałem. Na sztucznej plaży spotkałem też człowieka, będącego mieszańcem młodego Hetfielda z mopem. Jego prawe ramię szpeci ohydnie wykonany tatuaż – płonące logo volkswagena. Idiotyczny dowód przywiązania do golfa trójki? Nie do końca.

 Sam Wolfsburg przypomina nowe Detroit, który pomimo upływu czasu nie idzie w ślady opustoszałego Motown. Bijące serce koncernu zdaje się wręcz dawać życie całemu zielonemu regionowi. Największe wrażenie robi widoczna z wielu kilometrów świątynia Volkswagena, otoczona pięknym, nieco surowym parkiem. Dwie przeszklone wieże wypełnione nowymi modelami w cukierkowych kolorach. Nieopodal kolejny gigantyczny gmach, którego kilka szklanych kondygnacji zdobi nietuzinkowe portfolio producenta. Każdy zachowany w idealnym stanie eksponat otoczony jest zwierciadłami. Dzięki temu wszystkie wyprodukowane z logiem VW modele można podziwiać z zewnątrz, bez konieczności rozpoznawania kolejnych egzemplarzy po tłumikach i numerach seryjnych wahaczy. Rozwiązanie idealnie pasujące do prezentowanych oldtimerów kontrastuje prostotą z całym nowoczesnym otoczeniem. Do obrazka należy dodać soczyście zieloną trawę parku poprzecinaną wąskimi strużkami wody. Popisy architektoniczne, wszechobecny inox i elektroniczne panele informacyjne. Gdzieniegdzie na placach i ścieżkach pojawia się szklana gablota chroniąca seksowne, czerwone Lamborghini Countach, równie rosso pierwszą dziewięćset jedenastkę i srebrny model 1956, a także klasyczny wóz z lat trzydziestych w kolorze butelkowej zieleni. Porównanie do zabawek jak najbardziej na miejscu.

 Jest jednak niedziela. Oddzielone od parku maszyn kanałem Łaby, dwa ceglane gmachy fabryk zaczynają mienić się kolorami, a fale świateł rysują kontury czterech imponujących kominów. Na równo ściętej, i z pewnością kosztownej, trawie kłębią się tłumy setek ludzi, co, o dziwo, nie prowadzi do interwencji ochrony. Część z widzów udaje się na molo, gdzie wkrótce kompletnie przemoczą ich krople oderwane od kilkunastometrowych słupów wody, a później osuszą wybuchy ogromnych kul ognia. Strzelające na niewyobrażalne wysokości fontanny wiją się i splatają w rytm muzyki klasycznej, a walkę żywiołów dopełniają wizualizacje wyświetlane. To miejsce definiuje na nowo słowo „duże” i zdecydowanie polecam zobaczyć to na własne oczy. Okazji jest sporo, bo w okresie wakacyjnym spektakle organizowane są każdego niedzielnego wieczora, co pół godziny. Wstęp wolny, proszę.

 Mijając błyskający zielenią stadion wilczków, czy inne atrakcje „Motor Stadt” czuć nieodparte wrażenie, że całe miasto jest dziełem i własnością koncernu. Sieci, która dyskretnie przekłada swoje możliwości na gospodarkę i kulturę pod pozorem upychania czternastej sprężarki do następcy Veyrona. To nie tylko bezduszne partnerstwa, nudne Passaty i dociskanie pracowników ich własnymi obcasikami. Tysiące ludzi posługujących się zwrotem „asap” i wskaźnikami w formie mówionej, umożliwiło organizację pokazu żywiołów w służbie kultury. A to tylko jedna z setek korporacji. Nietrudno wymienić kolejnych kilkadziesiąt, które swój sukces finansowy wykorzystują w celach charytatywnych, społecznych albo gospodarczych. Czy aby na pewno pracownicy tych korporacji tyrają przez kilkanaście godzin na dobę poddani drylowi? To całkiem prawdopodobne. Ale czy zasługują na miano robali, jeśli efekty ich pracy są tak spektakularne jak powstanie najszybszego wozu na świecie, stadionu VfL Wolfsburg i tej zapierającej opery?

 Jasne, można wymieniać korporacje, które, jeśli nie licząc odsyłania byłych pracowników na terapie grupowe, osiągnęły niewiele. Jestem jednak całkowicie przekonany, że biznes przecznicę dalej, pomimo swoich tradycji i lokalnego charakteru nie zawojuje świata nawet we własnej branży. Zatrudnia też tysiąckrotnie mniej ludzi i nie oferuje im takich dopalonych zjeżdżalni, jak te w siedzibie Google. Nie do końca też rozumiem, dlaczego uczciwie zarabiającego nazywa się robalem. Przecież dopóki mówi jak człowiek nie trzeba strzelać w jego chitynową potylicę. Gonimy za sprzętem od apple, markowymi wdziankami i solidnymi wozami. Pliki trzymamy w powietrzu, mamy dostęp do szesnastu miliardów kanałów telewizyjnych, a seks uprawiamy przez łącze internetowe. Korporacje są zatem konsekwencją naszych potrzeb. Warto więc zapamiętać dwie rzeczy. Wszystkie amerykańskie filmy katastroficzne są prawdziwe. Korporacje stworzą T1000 Islamistę i ebolę w mailowej subskrypcji. Druga rzecz – za skrótem świadczącym o pozycji w obrębie firmy czai się jakiś człowiek. I istnieje całkiem spora szansa, że to jego decyzje wystrzelą z armatek wodnych koncert Beethovena, albo wsadzą ludzi w kołowrotki i pogonią ukochanym „asap”.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s