Zbudujemy miasta duchów

 Przemysłowe południe systematycznie wyludnia się. Być może błędnie interpretuję dane, ale przyjeżdżając tu masz statystycznie sześćdziesiąt procent większe szanse na śmierć, niż narodziny. Choć liczby nie kłamią, podbiłbym prawdopodobieństwo nagłego zgonu o kilka punktów procentowych – mimo spadku liczby ludności słupki bezrobocia poszybowały w górę. To oznacza, że przeciętny mieszkaniec postprzemysłowej aglomeracji może zażądać od ciebie zegarka albo karty kredytowej. Mimo niezbyt rozwojowego stanu, moje miejsce parkingowe zajmuje cywilna haubica, trawniki zajęły obsikiwane od zewnątrz latryny i wszędzie zaroiło się od odblaskowych kamizelek.

 Z bólem serca przyglądałem się rozpaczliwie zużytej tatrze, przeciągającej w kłębach granatowego dymu pnie świeżo ściętych drzew. Nagłe przywiązanie emocjonalne do wcześniej niezauważanych roślinek zmieniło tę scenę w kadr wycinki w Isengardzie. Ot, prywatny inwestor wygrał z niemiecką siecią handlową w przetargu na skrawek ziemi. Wszystko w porządku, nic nadzwyczajnego. Gdyby tylko oddany do użytku kilka lat wcześniej schludny budynek, stojący trzydzieści metrów od wykopalisk, znalazł jakichkolwiek lokatorów. Problem żarzy jak neon po zmroku – po zmierzchu rozświetla się jedynie ostatnie piętro. Zadbany trawnik za strzeżoną kodem furtką (trawa jest naprawdę bardziej zielona za płotem), podziemny parking i dziesiątki mieszkań powstały kompletnie bez sensu. W wielu „retro” klatkach schodowych tej okolicy lista zalegających z płatnościami służy za wycieraczkę, dzięki swojej długości. Nie sądzę, by znalazło się wielu chętnych na mieszkanie w cenie domu. Choć nie znaleziono potencjalnych najemców i faktycznych mieszkańców zdecydowano się na rozszerzenie mikroosiedla.

 Okolica jest ziszczeniem marzeń lat pięćdziesiątych. Kilka niewysokich bloków z własnymi, wąskimi ogródkami, otoczonych lasem i jednorodzinnymi domami. Okolica, w której tramwaje postanawiają zawracać, a widok dzwonów czy syfonu z sodówą nikogo by nie zaskoczył. To istna forteca, otoczona setkami schodów, oddzielona od zewnętrznego świata absurdalnie wąskimi klatkami schodowymi i fosą, która powstaje po najlżejszym kapuśniaku. Projektanci założyli, że żaden z ówczesnych najemców nie sprawi sobie kolejnego zaporożca, czy nowej sto piątki. Dzięki tej przyszłościowej koncepcji, nie da się tu zaparkować. Jeśli nie jesteś przekonany do używania nóg, życie staje się dość problematyczne. Desperacja mieszkańców jest na tyle duża, że ktoś autentycznie kupił sobie smarta i próbuje go upchnąć między maskami samochodów. Dlatego dość irytuje stworzenie parkingu z miejscami wydzielonymi kontrastującymi kolorami kostki brukowej dla jednego, najnowszego bloku. Będąc jego lokatorem otrzymasz połyskującą, zalaminowną przepustkę, która ustrzeże samochód przed odholowaniem. I jako, że w większości mieszkań hotelują wyłącznie grzyby, na kostce tej nie ma ani plamki oleju. Nie licząc złowrogiej lawety z wyciągarką nie ma tam żadnego wozu. Skoro więc wyrwaliście moją ulubioną akację (tak, stała się ulubiona z momentem wyrwania), nie mogliście tam po prostu wylać odrobinę asfaltu i stworzyć parking?

 Jeśli nie odstraszyło cię bezrobocie, brak świeżego powietrza albo miejsca parkingowego, z pewnością nie wytrzymasz działania maszyn budowlanych. Prace, o dziwo, trwają od świtu do ustanowionej prawnie ciszy nocnej. Mowa tu o działaniu haubicy, której hałas i trzęsienia spowodowane odwiertami doprowadza do szału. Co jednak gość w kamizelce rozumie najjaśniej, a ja w ogóle, maszyna nie jest wyłącznie powiększoną wiertarką. Po przedostaniu się kilku metrów w głąb zaczyna napełniać luki kruszywem i ubija je dla zagęszczenia terenu. Brzmi tak fantastycznie, że przez moment zapomniałem jakie to hałaśliwe draństwo. Jeśli byłbym lokatorem tego nowego, eleganckiego bloku, będąc narażonym na takie odgłosy w okolicach dwudziestej drugiej spakowałbym manatki i zaniżył miastu statystykę. Chyba ich na to stać.

 Wydaje się więc, że budujemy dla wykonania sześciuset procent normy. Widzę więc rozwiązanie tej głośnej kwestii w podobnym duchu. Oddajcie moje mieszkanie bezdomnym. Powiedzmy po jednym na każde dwadzieścia metrów powierzchni. Potem odholujcie mój wóz, prosto do tego ładnego, klimatyzowanego podziemnego garażu. I przenieście mnie do nowooddanego do użytku bloku. Jeśli nie, mogę nie wytrzymać jeszcze kilku miesięcy rozszarpywania i detonowania ziemi. To będzie was kosztować punkcik w statystyce.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s