Nie liczą się chęci

 Choć zazwyczaj twardo stąpam po ziemi, zdarza mi się podejrzewać człowieka o bycie z natury dobrym. Sądzić, że zapisane w naszym kodzie genetycznym pomaganie jest drogą do satysfakcji. Potwierdzałyby to sukcesy Orkiestry, której puszki są warte miliony, czy popularność zamiany impulsów telefonicznych na datki. Napisz tekst o treści „pomagam”, pomyślałem. Niestety, nie udało się.

 Nie mam nic przeciwko wysyłaniu esemesów, czy innym formom czysto finansowej pomocy. Wciąż jednak dla wielu wyciągnięcie pomocnej dłoni jest działaniem co najmniej niehigienicznym, a możliwość oddania niewielkich sum na cele charytatywne usypia sumienie. Dlatego też postanowiłem włożyć nieco więcej wysiłku i zrobić coś więcej. Sprawić, by życie potrzebujących stało się nieco bardziej znośne i zachęcić tym do działania innych. Pomimo całkiem prospołecznego nastawienia padło na schronisko dla psów. Kilka tygodni temu opróżniałem wypchany po brzegi workami z karmą bagażnik w lokalnym ośrodku. Krótki spacer między kojcami uświadomił mi, że te kilkadziesiąt kilogramów chrupków prawdopodobnie nie wystarczy na kolację dla wszystkich. Depresyjne wrażenia pogłębiały kolejne historie z drutem kolczastym i drzewem pośrodku niczego w tle. Skacząc między strugami Bóg wie jakich świństw, przecinających obiekt siecią kanalików, zobaczyłem suszarkę ugiętą pod ciężarem świeżego prania. Jeśli ktoś zasługuje na miano bohatera, to właśnie ta osoba. Ktoś, kto ogarnia watahę głodnych psów po przejściach i suszy ubrania w tak przejmującym smrodzie. Szybko okazało się, że obsługa nie jest osamotniona w działaniach i regularnie pojawiają się wolontariusze. Trzeba mieć jednak na uwadze, że większość wydatków pokrywana jest z budżetu miasta i jest wysoce prawdopodobne, że pomimo chęci i ciężkiej pracy wciąż może czegoś brakować.

 Finanse to sprawa na tyle płynna, że po kilku akcjach ratunkowych sam wymagałbym dowożenia paczek z żywnością i kocami. Dlatego pieniądze na paczki dla psiaków postanowiłem zdobyć oddając makulaturę. Wiem, że brzmi to jak szarlatańskie brednie albo broszurka zielonych zachęcających do podjęcia spuścizny pani Willas. Ale tak naprawdę to całkiem sensowne. Codziennie wyrzucamy tony papieru. Moje maksymalnie uproszczone i nieudolne wyliczenia dowodzą, że do produkcji jednej ryzy papieru potrzeba dwu i pół centymetrowego plastra drzewa wysokości kamienicy. Wyobrażając sobie ile papieru pochłaniają korporacje na całym świecie jestem bliski przypięcia się do osiedlowego klonu.

 Z drobną pomocą, całkiem sprawnie udało się zebrać dwadzieścia kilogramów niepotrzebnego papieru. To całkiem niezły wynik, a przynajmniej, tak mi się wydawało Najmniejsza sterta, czyli surowiec najcenniejszy był wart szesnaście groszy. Większość zbiorów podlegała stawce ośmiu groszy. Stuzłotowy banknot z punktu widzenia recyklingu był bezwartościowy. Dlatego przykro mi, Azor, jeszcze tydzień. Po wypłacie wypełnię danego słowa i przywiozę ci pedigree. Ale potem wracam do codziennych prób bycia życzliwym. Zazwyczaj tak pomaga się najbardziej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s