Ho, ho!

 Dziecięcy świat rządzi się swoimi prawami. Nieco ckliwie cofam się we wspomnieniach do porozciąganej piżamy i kompletnego mroku za oknem. Grudzień bywał znacznie bardziej mroźny i pomimo białej, połyskującej otoczki snopy świateł latarni z trudem przebijały się przez wczesnoporanną aurę. Szeroki uśmiech i mnóstwo papierków po cukierkach. Zdecydowanie najlepszy dzień w życiu. Tak to pamiętam.

 Jak mógłbym nie wierzyć w Mikołaja? Pierwszy prezent jaki pamiętam obudził mnie uniemożliwiając wyprost, wtedy jeszcze, nibynóżek. W środku pudła wielki, zielony i perfekcyjnie odwzorowany traktor z kierowcą i osprzętem. Zwariowałem z radości. No bo przecież prezentu nie było, kiedy kładłem się spać dzień wcześniej. Dlatego nawet pomimo braku komina nie kwestionowałem przybycia gościa. Niespodziewanie, po wielu latach wciąż pamiętam większość prezentów. Niebieski Peugeot 405 z lwem na masce zmuszający do poprawnej wymowy francuskich marek. Zielony Trabant, z którym wiąże się historia na osobny tekst, czerwony Mercedes Tourismo, model rosyjskiego szturmowca Mil Mi-24, którego do dziś nie potrafiłbym złożyć i ponownie zieleń, żołnierzyków. Pomimo wykopania zdjęć rodzinnych z pudła na rzecz stworzenia im bazy, szwadron szybko wykruszył się wskutek zagubienia, a niedobitkom pourywały się lufy. Srebrne Ferrari Maranello, z kolei, służy mi do dziś jako stoper do rozrastającej się kolekcji książek. To właśnie książki stały się ziszczeniem niepisanych życzeń. Nie jestem pewien nazwy tych kosmicznie dobrych cukierków, z którymi kojarzę wszystkie prezenty. Czekoladek zalanych ciągnącym się karmelem. Eclairs? Lądowały jako eksponat na górnej półce szafki ze szklankami, daleko poza zasięgiem moich rąk i wzroku. Po wielu latach widzę w tym sens. Za dziecka to był dramat.

 Dobrze było się nieznacznie pochorować – dawało to więcej czasu na cieszenie się nowymi, świecącymi cackami. W większości były one inwencją samego Mikołaja. I dobrze. Jak widać lubię sobie popisać, więc zostawiając list pogrążyłbym Świętego w długach. Kiedy podczas zajęć przedszkolnych otrzymałem zadanie narysowania wymarzonego prezentu wykazałem się nie lada kreatywnością. Zacząłem od podziału arkusza na sto małych kratek, potem poszło sprawnie. Nie wiem, czy wszystkie miniaturki były przejrzyste, czy przypadkiem się nie powtarzały, i czy było ich sto. Może liczba okienek była wyłącznie wyobrażeniem czterolatka o tej liczbie? Nie planowałem za to czatowania z wnykami do późnych godzin nocnych i zasadzania się na patrona. Niezależnie od wszystkiego, po prostu był. Po wielu latach ta obecność wprawia w osłupienie – ile to wymagało wysiłku i poświęcenia! Ale dzięki temu wkładowi mogłem się wykłócać, że Mikołaj naprawdę istnieje. Nie było żadnego bolesnego rozczarowania. Tradycja przetrwała z tą różnicą, że Mikołajowi można uścisnąć dłoń. W tym roku jednak, ani ja, ani wiosenna pogoda nie bawimy się tak do końca. Mikołaj postanowił bowiem przynieść mi wannę i istniało spore ryzyko zdemaskowania.

Ho, ho!

Reklamy

2 thoughts on “Ho, ho!

  1. Pamiętam że zawsze jakoś tego dnia budziliśmy się zdecydowanie wcześniej niż zazwyczaj i zawsze były „maszkety” z wielkim czekoladowym mikołajem pośrodku:) a wieczorem po naszych ulicach chodził Mikołaj i rozsypywał cukierki na chodnikach;P a za nim chmara dzieci;P

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s