Proszę natychmiast wymienić samochód

 Marzę o starym samochodzie. O amerykańskiej interpretacji słowa sport, o kipiącym seksapilem włoskim roadsterze, czy pełnym klasy brytyjskim krążowniku. Zobaczywszy trzydrzwiową wersję W123, zacząłem wyobrażać sobie podróż dookoła Europy w jego eleganckim wnętrzu. Właściwie, marzę o nich wszystkich. Pomijając wrażenia estetyczne i nieodparty urok, stare konstrukcje to niczym nieskalana prostota. Brak skomplikowanych układów elektronicznych, wyświetlaczy i gadżetów. W tej zalecie kryje się ogromny problem. Ja nic nie potrafię.

 Owszem, jestem w stanie zbudować karmnik, który prawdopodobnie nie rozleci się po lądowaniu wróbla. Pod warunkiem jednak, że prace opierać będę na planach psiej budy. Pomimo czytelnych instrukcji i drukowanych na najprawdziwszym papierze poradników, rozbierających konkretne modele starszych samochodów na najmniejsze śrubki, do zrobienia czegokolwiek przy Maluchu potrzebowałbym opisu technicznego Kenwortha. I prawdopodobnie nic by z tego nie wyszło. Gest, jakim było wydanie takich publikacji ległby w gruzach, bo w przypadku najmniejszej usterki znów musiałbym odstawić wóz do szemranego specjalisty, który na zajęciach w szkole zawodowej uczył się pić grzmoty między garażami. Albo do autoryzowanego serwisu. W tym przypadku serwisant z pewnością wyeliminuje usterkę, ale przekazując mi fakturę przyjmie najbardziej zatroskany wyraz twarzy i wymieni listę podzespołów, które, „niestety”, się kończą. I faktycznie, mniej więcej tydzień później synchronicznie wszystkie pozycje z kartki sypią się, eksplodują i pękają, wyrzucając konfetti wizytówek serwisu. Odpada też, ku zaskoczeniu mechanika-proroka, miska olejowa. Nie przypomina sobie, by ją też luzował.

 Stary samochód to wbrew pozorom więcej mechanicznych części, do których mamy dostęp. To też powiew Noteci z wentylatorów, wnętrze sponiewierane romansami poprzednich pięciu właścicieli i silnik palący wszystko poza wyciekającą na asfalt benzyną. Szyby tworzące klimat walijskich wrzosowisk, wrzosowiska porastające tapicerkę i usterki chłonące fundusze jak mech. Stary samochód robi wiele rzeczy gorzej, niż jego nowoczesny odpowiednik, poza jednym – bezużyteczne rzeczy, w które nie został wyposażony nie mogą się zepsuć. Więc o ile jestem w miarę pewny świec, wtrysków, smarowania czy pompy paliwa, mój całkiem nowy samochód może uszkodzić błędny kod programisty. Immobiliser może odciąć zasilanie na samym wierzchołku zaśnieżonego zakrętu, podgrzewany fotel może stanąć w płomieniach, a od uroczego podświetlenia wszystkich przycisków i listewek robi się niedobrze. Do samochodów ładuje się gadżety, które trudno uznać za przydatne, a bez których życia kierowcy sobie już nie wyobrażają. W ubiegłbym tygodniu w moim wozie nawalił autoalarm, wyjąc z radości na sam widok klemy zbliżającej się do źródła zasilania. Dopóki nie wrzasnął mi w twarz spod maski, nie wiedziałem jak właściwie brzmi. Wcześniej jego zadaniem było pacyfikowanie psa, który pozostawiony na pastwę losu przeskakiwał między fotelami. Oznacza to, że nie wychwyciłbym tego mechanicznego wołania o pomoc, a jedynym skutkiem jest głuchota pupila. Gdyby ktoś jednak postanowił zawinąć samochód sprzed bloku, podejrzewam, że nie wystraszyłby się wystrzału z haubicy, a centralkę systemu rozbroiłby w kilka sekund. W drodze do Fiata musiałby jednak minąć kilka Volksów, Mini i Fordów, więc gdyby się zdecydował na ten łup, wiedziałbym gdzie szukać samochodu. Na trawniku szpitalnego parkingu w Toszku albo Świeciu. Mnie wypruwanie wszystkiego spod maski zajęło kilka godzin i wymagało straty dnia urlopu. Syrena zalega aktualnie w szafce na buty. Złodzieju, droga wolna.

 Koncerny motoryzacyjne zdecydowanie pozazdrościły producentom telefonów i planują sprzedaż nowego modelu co dwa lata. Dlatego na modłę smartfona samochód składa się z trzech, ekologicznych, biodegradowalnych modułów, których rozmiary uniemożliwiają połknięcie przez trzylatka, i z których jeden jest wyświetlaczem. Kiedy do pakietu dorzucili aplikację „do najbliższego serwisu” gratis, świat opanowała euforia. I tak, jeśli spryskiwacz przestaje działać możesz śmiało udać się do serwisu. Ale skoro plujka po rozłożeniu stanowi ćwierć samochodu, prawdopodobnie rozważysz zakup nowego. Dlatego mam nowe marzenie, postępowe. Nie obchodzi mnie co jest pod maską i nie mam zamiaru się brudzić. Chcę, żeby serwis ograniczał się do mycia karoserii i wymiany zawieszki zapachowej. Pragnąłbym też, żeby producenci przestali wciskać niepotrzebną tandetę do przyzwoitych samochodów, jeśli ich jedynym celem jest psucie się. Potraficie to zrobić?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s