Seria poświęcona Double-O-Seven jest doskonałym wyznacznikiem zmian w postrzeganiu piękna, luksusu i seksapilu. Jeśli jednak nie jesteś zagorzałym fanem agenta Jej Królewskiej Mości, nie odeprzesz wrażenia, że filmy z poprzednimi odtwórcami dość mocno się zestarzały. Nowe oblicze Bonda odważnie odcięło się od spuścizny dwudziestu części i, jak stwierdza Q, już nie bawi się w wybuchające długopisy. W tym roku ukazał się czwarty film z Danielem Craig’iem w roli głównej. I przeczuwam, że to nie tylko Bond mojego pokolenia, a Bond pokoleń.

 Nie da się ukryć, że z przerwami na trylogię Tolkiena, serię Bourne’a i doskonałe Gran Torino w reżyserii Brudnego Harry’ego, przez dziesięć lat absolutnie nic się nie działo. Produkowane filmy były tak kiepskie, że nie usiedziałbym przy nich nawet przybity gwoździami do krzesła. Właściwie, to w ramach protestu wolałbym wyskoczyć ze skóry i usiąść obok ze wzrokiem wbitym w ścianę. Jakiś czas temu pisałem o polskim filmie jako poniżającym dla widza. W rodzimym rankingu najlepszych filmów nie ma obrazu nowszego niż z 1938 roku, nie wliczając Seksmisji i Katedry. Animacja Bagińskiego pokazała masom, że istnieje życie poza commodore. Kinematografia w jednym, zauważalnym momencie postawiła ogromny krok naprzód. Aktualnie poziom produkcji nie tylko popchnął mnie do napisania tekstu, ale rozważam stworzenie jakiegoś cyklu recenzji.

 Co jakiś czas przykurzony scenariusz po zdmuchnięciu z okładki naleciałości lat osiemdziesiątych dostaje wiatru pod skrzydła. Ale Mad Max? George Miller, gdzie byłeś przez trzydzieści lat? Po dekadzie kręcenia filmów familijnych z pingwinami i świnkami na pierwszym planie, nagle ogłasza powstanie czwartej części przygód Rockatansky’ego. Tak po prostu, po trzydziestu latach powstaje spektakularny film akcji. Tak dobry, że aż chce się krzyczeć. Chyba, że jesteś Szwedem – wy podobno płaczecie. Doskonale zagrany, osadzony w zapierającym dech, spójnym świecie, niesamowicie zrealizowany, oprawiony niesamowitą ścieżką dźwiękową, efektami i popisami kaskaderskimi. Można tak długo. Tom Hardy jako Max? Wydawało mi się, że do roli tej roli należałoby wyruszyć z krucjatą na wschód i ściągnąć z krzyża Mela Gibsona. Przyznam, że po obejrzeniu „The Drop” szukałem informacji o mentalnym zapóźnieniu Hardy’ego. To dość przekonujące. Mad Max jest doprawdy szalony i napięcie, które wbijało w fotel przez dwie godziny, przyciskać będzie zadek przez dwa długie lata, dzielące nas od powstania kolejnej odsłony. Polecam też obejrzenie wszystkich dostępnych materiałów z planu filmowego. Niewiarygodne jak wiele umyka uwadze podczas doświadczania widowiska i jak duże było to przedsięwzięcie. Ekrany kin po latach zaczęły wyświetlać obrazy odważne, unikatowe i nieprzewidywalne. Nie brakuje też solidnych filmów akcji. Drive, John Wick, nareszcie!

 Nowe kino to arena doskonałych aktorów. Królem kreacji, nieco w cieniu najgłośniejszych premier pozostaje obłędny Jake Gyllenhaal. Reżyserzy chętnie angażują go do obsady dzięki ulgom podatkowym, wynikającym z oczywistych zaburzeń psychicznych aktora. A może dlatego, że urodzony w rodzinie filmowców Jake jest niewyobrażalnie wręcz utalentowany, za każdym razem pokazując inne oblicze. Od momentu wcielenia się w Donnie’go Darko facet gra na niedoścignionym poziomie. „End of watch”, „Prisoners”, „Nightcrawler”, „Zodiac”. Do diabła, wcielił się w rolę cierpiącego na rozdwojenie jaźni Adama w „Enemy”, największym zaskoczeniu ostatnich lat. Ktoś, kto tak cudownie odgrywa kolejne postaci albo postradał zmysły, albo podpisał niezbyt korzystny pakt. Na szczęście konkurencja piekielnie uzdolnionych aktorów jest całkiem spora. Umiejętność interpretacji postaci i bezbłędnego oddawania kolejnych scen przestało być oceniane przez pryzmat rozmiaru miseczki. Sceny rozpaczy Jennifer Lawrence zmuszają mnie do otarcia łez i powieszenia się. Choć akurat ta aktorka nie jest najlepszym poparciem tezy z miseczką. Wycofuję się.

 O ile nic się przez ostatnie cztery lata nie zmieniło, najlepszym filmem jaki kiedykolwiek widziałem jest francuski „Intouchables”. Oparty na znanym i sprawdzonym motywie więzi pomiędzy mentorem a znacznie młodszym uczniem, będący w każdym calu rewelacyjny. Wzruszający do łez i do łez rozbawiający. Perfekcja, piękno i prawdziwość emocji. Prawdopodobnie końcówka roku obrodzi w przeróżne rankingi i porównania. Warto jednak wspomnieć, że właściwie ostatnie pięć lat to okres zaskakującego rozwoju dla światowej kinematografii. Dlatego cieszę się, że powstaje „święto kina” jako próba promocji. Ale puszczanie głównie polskich filmów to strzał w kolano, z którego nie skorzystałem. Może więc receptą na przychód jest projekcja zachodnich filmów, które ludzie chcą oglądać i zepchnięcie mądrych i moralizatorskich nadwiślańskich dramatów do niszowych piwnic ze śnieżącą Diorą albo inną Unitrą. Chodźcie do kina, bo w końcu warto. Chodźcie, bo z wami na salach reklamy przestaną trwać po pół godziny.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s