Choć żaden oficjalny dokument tego nie stanowi, systematycznie pogłębiający się debet świadczy, że jestem właścicielem konia. Jeśli sądzisz, że to dość prestiżowy dodatek majątku, pozwól, że wyprowadzę cię z błędu. Nie zważając na starania, w siodle wyglądam jak pędząca wierzchem krewetka. Zatem odkładając na bok mrzonki o kowbojskim życiu macham widłami i dbam, żeby pod kopytami nigdy nie zabrakło „siana”. Podobno te dwie czynności dodają mi seksapilu. Nie wiem czy to prawda. Nie wiem też, jak koń zdołał dotrwać ery smartfonów. Wiem za to, że twórca popularnego powiedzonka był dowcipnisiem.

 Prawda jest bowiem taka, że życie konia jest niekończącym się pasmem chorób i udręk, których nabawić się może z najbardziej błahych i prozaicznych powodów. Jest ich tak wiele, że nie udało się jeszcze stworzyć solidnego kompendium, a ewolucja nieustannie działa na niekorzyść zwierząt, sprawiając je bardziej podatnymi i wrażliwymi. Z autopsji wiem, że zbyt długie kończyny w połączeniu z kiepskim stosunkiem masy mózgu do reszty ciała mogą prowadzić do poważnych wypadków. W przypadku konia, jakakolwiek kontuzja nogi może sprowadzić go do roli włoskiego dania tradycyjnego, albo niezwykle powolnej i utykającej kosiarki.

 Jeśli nieco zagalopujesz się na zbyt twardym podłożu dojdzie do podbicia, czyli wypełnienia kopyt ropą. Cierpienie zwierzęcia, radość weterynarza i codzienne rytuały opiekuna – owijanie pęcin, czyszczenie sierści i przemycanie środków przeciwzapalnych w wydrążonej marchewce. Jeśli zaś źle ocenisz teren przed sobą i gleba okaże się zbyt miękka, bądź gotowy na naderwanie, czy nawet całkowite zerwanie ścięgna. Znacznie większe cierpienie, weterynarz rezerwujący pobyt na Haiti, codzienne owijanie i smarowanie pęcin, czyszczenie sierści i próba znalezienia marchewki, która pomieści kilogram środków psychotropowych. W międzyczasie nie możesz zapomnieć o regularnym czyszczeniu wartego horrendalne sumy boksu, żeby pupil nie zaczął gnić od kopyt, przebierać suchy chleb w poszukiwaniu mikroskopijnego nalotu pleśni, który pupila zabije i koniecznie zamykać drzwi. Przeciągi bowiem mogą doprowadzić do mięśniochwatu, który poza znanym już ciągiem, z pewnością zadziała jak nieświeży croissant.

 Nawet najbardziej pedantyczne podejście do hodowli, sportu i rekreacji , nie jest w stanie uchronić cię przed komplikacjami zdrowotnymi. Kaszel? Wystarczy jedna zarażona sztuka, a w okamgnieniu wszystkie pięćdziesiąt będzie radośnie pobechiwać pod wspólnym dachem. Część będzie również kuleć, inne goić rany powstałe wskutek zapoprężenia, a na adres lecznicy zostanie już dostarczony Bentley Continental z butelką najdroższego wina. Nawet najbardziej spektakularny czystej krwi arab za bajońskie sumy najchętniej wytarza się w jakimś paskudztwie, którego rozczesanie zajmie miesiąc, i zmusi właściciela do podążania tropem kopyt z szufelką i zmiotką. W głębi ducha jednak cieszysz się, że postanowił poprzeciągać się na świeżym powietrzu, a nie w boksie, gdzie jego nogi mogłyby zaklinować się o ścianę. I po kilku godzinach nieudanych prób obrócenia się na drugą stronę, paść z wycieńczenia. Zatem cały majestat konia polega na niespiesznym przemierzaniu świata w poszukiwaniu czegoś do zżucia i samym żuciu, po znalezieniu tego czegoś. Oczywiście, wszystkie niefortunne wypadki mogą zdarzyć się właśnie podczas takich spacerków. Albo, podczas walki tych sześciuset kilogramowych, podkutych młotonogów o najlichsze źdźbło trawy. Te stworzenia naprawdę są w stanie zrobić krzywdę, a szybkość reakcji i zasięg ataku robi wrażenie. Pamiętaj o tym przechodząc za zadem. Pamiętaj też, że koń notorycznie odgania od siebie wszelkiego rodzaju robactwo, a cios ogonem w twarz jest cholernie nieprzyjemny. Ale to cholernie.

 Dowcipnisiem był również człowiek, który nazwał moje zwierzę. Mimo to rozumiem, dlaczego wybrał przeciwieństwo bessy. Koń bowiem dziedziczy imię po matce, a zasadniczo, po pierwszej literze jej imienia. Jestem przekonany, że to była Hipochondria, albo Hipoteka.

 Chętnie podzieliłbym się kolejnymi historiami z tego fascynującego świata, ale niestety, pora na wcierki, masaże i oprowadzanie w duchu rekonwalescencji naderwanego ścięgna. Spytacie zatem – jak to? Przecież koń był gotów do nieustannej pracy w najcięższych nawet warunkach. Owszem. Ale były to czasy, kiedy futryny montowano na wysokości metra sześćdziesięciu, grypa była widmem śmierci, a człowiek musiał narażać zadek na niewygody siodła. Cieszyć się z końskiego zdrowia, to poważne schorzenie. Powiedzonko zdaje się być ironią, która powoli zatracała swój sens. Dlatego dokładniej przyjrzałbym się rybom. Może tak napieprza je w krzyżu, że aż odbiera mowę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s