W razie wypadku pociągnij za spust

 Kilka tygodni temu poddawałem w wątpliwość sens posiadania konia w dobie samochodów hybrydowych i konsoli play station. Przestrzegałem was także przed ryzykiem wałęsania się za odwłokiem tych nieodgadnionych, i nie do końca lotnych stworzeń. Stało się. Podczas niepokojących halnych anomalii, skutkujących burzą z piorunami w środku zimy, doszło do zdarzenia, które przywodzi jeszcze jedną myśl w temacie. Wizerunek nowoczesnego kowboja, to przede wszystkim naładowany Colt Navy.

 Właściwie, każdy powinien mieć dostęp do tego niezwykle zgrabnego rewolweru, z jednym choćby pociskiem kalibru czterdzieści pięć w bębenku. Zawsze bowiem możesz zostać napadnięty przez bandę rzezimieszków. I choć broń nie zniweluje przewagi liczebnej, wymachując giwerą będziesz wyglądać całkiem „cool”. Co ważniejsze, będziesz w stanie oddać strzał do każdego, kto waży się wezwać karetkę po twoje poobijane truchło. W zupełnie innych okolicznościach może się okazać, że twój oddany rumak, w przypływie lekkiego zaniepokojenia, postanowi huknąć cię z kopyta prosto w głowę (co przez resztę dnia jest traktowane jako uraz twarzoczaszki). Co jeśli wskutek takich, czy innych obrażeń stracisz przytomność? Jest to o tyle gorsze, że nie zdążysz sobie odstrzelić łba do reszty. A uwierz, wolałbyś.

 Spodziewałem się kolejnych przypadków podkowy wciśniętej w trzewioczaszkę, ludzi w poszarpanych zębami rekina akwalungach, widoku przetartych uprzęży wspinaczkowych i drzwi Fiesty utkwionych głęboko w zadku. Sądziłem, że do szpitalnego oddziału ratunkowego trafia się w pozycji horyzontalnej, zapewniając drobną dawkę joggingu Dougowi Rossowi i kilku przekrzykującym się statystkom. Byłem w błędzie. Okazuje się bowiem, że po udziale w niedzielnej mszy, wystawnym obiedzie i zakupach na nadchodzący tydzień, w dobrym smaku jest wybrać się z wizytą w SORze. Poczekalnia pełna jest okazów zdrowia, których dręczą „pewne obawy” i „dziwne dolegliwości”. Między walizkami wczasowiczów, wypchanymi tobołami w kratę i zapomnianymi ofiarami wypadków z ubiegłego miesiąca, zwinnie przeskakuje wysportowany jegomość – przepisany dzień wcześniej lek nie przynosi żadnego efektu. Wymagana hospitalizacja, natychmiast. Lufa sama dźwiga się z niedowierzania. Odłóż pistolet, będzie jeszcze ciekawiej.

 Pomimo braku elementarnej wiedzy medycznej, po czterech godzinach czekania wykluczamy zagrożenie życia. Z każdą kolejną minutą wzrasta jednak ryzyko nabawienia się szeregu nowych dolegliwości, głównie o podłożu psychicznym. Choć wisząca na skrawkach skóry głowa powoli zaczyna domagać się burgera i kufla piwa, poczucie głodu hamują zadowoleni z przebiegu weekendu faceci w piżamach, których nylonowe pęcherze dumnie spoczywają na kolanach. Przed ucieczką powstrzymuje cię zamurowanie szpitalnymi łóżkami i fakt, że do badania lekarskiego i niezbędnej do wypisu historii medycznej prowadzi ta sama, krzyżowa, droga. Po trwającym kilka minut badaniu tomografem, dość zabawny lekarz gratuluje szczęścia i uspokaja. Werdykt musi jednak ocenić kolejny facet w kitlu. Przecież ten z poczuciem humoru może żartować, prawda?

 Niemal odgryzając sobie rękę, zarażając natręctwem pani „obawiam się”, przyjmując nylonowe pęcherze, toalety czujnie obserwowane okiem kamer (tak, z niefortunnej perspektywy) i stękanie za jak najbardziej normalne, człowiek zaczyna odczuwać obawy, że trafił na oddział zamknięty. Samodzielne wystawienie diagnoz zajmuje laikowi kilka minut – noga odwrócona o sto osiemdziesiąt stopni, zwęglenie trzeciego stopnia, przestrzelina brzucha, czerwone opaski. Zawodowcom, stale kursującym między milionem pięter i oddziałów szpitala, potrzeba kilku godzin na dotarcie do tych przypadków. Sama diagnoza – kilkanaście sekund. Kiedy w stanie odrobinę przypominającym niecierpliwość zaczynasz szukać osoby odpowiedzialnej, krążysz, drepczesz i spływasz bezsilnie po ścianie, usłyszysz wyłącznie szorstką uwagę o brudzeniu elewacji.

 Wrażenie kompletnego braku kontroli jest porażające. W ciągu kilku minut trzy osoby zapewniają, że wymagana jest konsultacja zupełnie różnych specjalistów. Na szczęście uraz okazał się być niegroźny. W innym przypadku byłyby to trzy różne wyroki śmierci. Lekarzy jest najzwyczajniej zbyt niewielu, a poczekalnie oblegają tłumy hipochondryków, których niesamowite przypadłości przerastają możliwości szpitali. Chyba wiem skąd wytrzasnąć dwadzieścia milionów na poprawę tej sytuacji. Do tego czasu zastanów się, czy na pewno wymagasz opieki medycznej. I czy nie możesz poczekać do poniedziałku.

PS: No i czytaj moje teksty – będziesz wyraźnie zdrowszy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s