Nie mam już dwudziestu lat. Jestem tego świadom szczególnie, gdy życie zmusza mnie do oderwania obu stóp od ziemi albo urwania kilku godzin snu. Staram się nie narażać na działanie muzyki, której jeszcze nie tak dawno słuchałem bez końca. Sądziłem wtedy, że tak już pozostanie. Choć teraz potrafię nieco lepiej przewidywać i planować przyszłość, wiem, że z biegiem czasu zdolność ta znów ulegnie pogorszeniu. Szukając tortu pod kopcem świeczek w dalszym ciągu nie akceptujemy stanu rzeczy i odsuwamy od siebie myśl zestarzenia.

 A starość to ostatnia rzecz, jakiej potrzebujemy na drogach. Stary asfalt w końcu zeroduje, a sparciałe opony nie zapewnią przyczepności na dziurawych drogach. Wybujały dąb podczas poślizgu roztrzaska karoserię z jeszcze większą łatwością, niż młody pniaczek. Wysłużony silnik będzie palić wszystko, poza wylewającą się na koleiny benzyną, wyrzucając kłęby duszącego dymu. Za kierownicą starego samochodu będzie nastolatek, który zamiast na solidniejszy wóz, odkłada na palone w czasie jazdy jointy, albo jego pierwszy właściciel, który na najbliższych światłach zapomni o celu podróży. Nieaktualne ubezpieczenie, posiwiały kundel paskudzący siedzenia – można wyliczać bez końca. To nie jest miejsce dla starych rzeczy, o czym przekonałem się na własnej skórze.

 Po zaparkowaniu zobaczyłem, że przejeżdżający obok starszy pan dość żywo gestykuluje pod moim adresem, dlatego postanowiłem wysiąść i zaczekać na dalszy ciąg wydarzeń. W ten sposób stałem się świadkiem kolizji z udziałem własnego samochodu. Jegomość wycelował w zajęte przeze mnie miejsce jak gdyby wciąż było wolne i, zorientowawszy się, zatrzymał wóz w poprzek ulicy. Spojrzał przed siebie, gdzie najprawdopodobniej miał zamiar odjechać, wrzucił wsteczny i dość żwawo ruszył. Przyznam, że na ten widok i mnie zgrzytnęło w krzyżu. Grobową ciszę i szok przerwał inny starszy pan, który zwykle o tej porze wraca z ogródków działkowych swoim skowyczącym Focusem MkI – podróż w obie strony zawsze pokonuje na pierwszym biegu. Nauczony nowymi doświadczeniami domyślam się, że to także przełożenie, które służy mu do cofania. Owszem, samochód sprawcy wskoczył na pancernego Fiata, przyprawiając go jedynie o serię rozstępów i jasnego sińca. Ale myląc kierunek jazdy można kogoś najzwyczajniej rozjechać.

 Następnego ranka moje wrażliwe „ja”, rozważające zakopanie oświadczenia w innych dokumentach i zapomnienie o sprawie, łupnęło o podsufitkę i wróciło tam, gdzie jego miejsce. Mógłbym przysiąc, że pochowanego pod kołami złomu dzień wcześniej nie było. Jeszcze czując wydatek związany z nowym kompletem opon na początku sezonu, wpadłem w szał. Oskubię dziada.

 Samo zgłoszenie szkody jest dość proste, zwłaszcza z odpowiednio spisanym oświadczeniem. Nie zaufałem elektronicznej wersji, ponieważ jedno niefortunne kliknięcie mogłoby zrobić ze mnie sprawcę. A o niefortunne kliknięcia u mnie nietrudno. Byłem przygotowany na zbagatelizowanie uszkodzeń i doprowadzenie do wypłaty jak najniższego odszkodowania – druga strona wykupiła polisę u tego samego ubezpieczyciela. Kiedy jednak rzeczoznawca pominął zarysowania powstałe podczas stłuczki poszukując wszystkiego, co nie było z nią związane, sprawy przyjęły dość oburzający kierunek. Z powodu kilku marginalnych wad lakierniczych, towarzystwo uchyliło się od wypłaty połowy należnej kwoty, cicho oskarżając o próbę wyłudzenia. Nieco wcześniej, w moim najbliższym otoczeniu, firma z tradycjami odmówiła wymiany stłuczonego błotnika z powodu kilku ognisk korozji. Sytuacja wzburzyła mnie tak dogłębnie, że na samą myśl wpadam w niekontrolowaną furię. Poczułem się, kolejny raz, wystukany.

 Codziennie przejeżdżam po plamach strażackiego sorbentu i stoję w korkach spowodowanych wypadkami. Co więcej, ponad trzy czwarte wszystkich zdarzeń to drobne szkody parkingowe. Ile zatem rozbijamy samochodów każdego dnia? Jeżdżenie przestało być przywilejem, może warto więc zainwestować w okresowe badania psychotechniczne? Rokrocznie z tytułu OC wpłacam kwoty, na które nie mogę sobie najzwyczajniej pozwolić. I pomimo trzykrotnego przejechania globu, w świetle przepisów wciąż podlegam najwyższym wymiarom składek. Dlatego sposób, w jaki zostałem potraktowany, motywuje mnie do rozejrzenia się za innym towarzystwem ubezpieczeniowym. Bezsilność i dość krzywdzące reguły w żaden sposób nie poprawiają poczucia bezpieczeństwa. Bo co w przypadku, gdybym został sparaliżowany od pasa w dół, ale historia medyczna wykazała problemy z łękotką? Albo rozbił samochód w drobny mak, mając niesprawny hamulec ręczny? Do pewnych decyzji i perspektyw człowiek musi po prostu dojrzeć. Do innych – wręcz przeciwnie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s