Gdy odzywa się pierwszy z kilkunastu ignorowanych sygnałów budzika, nie mam pojęcia jak długo spałem. Szybko rozstrzygam, że jestem spóźniony, a podczas walki z alarmem naderwałem prostowniki pleców. Mimo to, uśpiona jeszcze czujność pozwoli na zaparzenie dobrej kawy i leniwy start. Wsiadam do samochodu i jadę zastygnąć w korku. Czas tyka pompując adrenalinę, sercem pędzę, zadkiem dalej siedzę. Wszyscy zaspaliśmy, ale mój pas ruchu stoi jakby bardziej.

 Docieram do pracy trzy po. Nieźle, oceniając postój w korku na jakieś pół dnia. Na dobry start niedobra kawa i kiedy mój biologiczny zegar oznajmia upływ ośmiu godzin, powitalny ekran służbowego komputera zdradza, że nie zdążyłem się nawet zalogować. Powolne minuty, które z braku zajęcia ciągną się w nieskończoność, drastycznie przerywają informatyczne skrypty. Skrzynka pocztowa pobiera wiadomości z odległej przeszłości i te, które zmuszony będę przenieść do odległej przyszłości. Czas zaczyna galopować, a widmo nadminut w biurze podnosi ciśnienie. Konieczność spisania kolejnej umowy uświadamia, że ta zawodowa arytmia trwa już od dobrych kilkunastu miesięcy. „Jak ten czas leci”. Po dniu, który trwa nie wiadomo ile klikam „wyloguj” i biegnę. Biegnę, bo tuż za progiem firmy rozpoczyna się inna strefa, w której czas płynie dwa razy szybciej, i w której z pewnością właśnie zaczęło padać. Biegnę sobie postać w korku.

 W progu wita mnie pies, który odbija się na pęcherzu jak na rehabilitacyjnej piłce. Biegniemy stałymi ścieżkami, aż nie zrzuci „dwójki”. Po tym krótkim elemencie zdrowego trybu życia wypadałoby coś zjeść. Cuda z tacki wygrywają z przygotowaniem czegoś mniej rakotwórczego. Zanim zawrzałaby woda na makaron, zdążyłbym odgryźć sobie z głodu rękę.

 Upragniony czas wolny. Trzy minuty trzymania rytmu na basówce wymagają kilku mozolnych godzin nauki. Chyba mnie na to nie stać, więc bezpieczniej nie zaczynać. Podobnie z grami, bo przerwy w rozgrywkach wymazały z pamięci przebieg fabuły. Kiedyś zacznę od nowa. To może jakiś film? Owszem, ale wyłącznie w kilku kawałkach. Finalnie pojawia się na sto siedemnastym miejscu listy pod tytułem „sobota”. Decyduję się na serwis informacyjny, w końcu warto być na czasie. Tu prawdziwe anomalie. Po upływie stu dni cofamy się trzydzieści lat wstecz i jesteśmy na dobrej drodze do zniwelowania dorobku Kazimierza Wielkiego. W tym tempie jutro ogłoszą stan wojenny, a za tydzień noc kaczych noży. Stwierdzam za to, że posłanki dzielnie opierają się czasowi. Muszą dość mocno wklepywać w głowy te swoje maseczki.

 Na deser książka. Powieki stają się ciężkie, raz za razem litery znikają za mgłą, albo cholera wie gdzie je niesie. Nie wiem, czy drzemałem kwadrans, czy kilka godzin. Rozpostarta na dywanie psia „dwójka” wreszcie pozwala mi odnaleźć się w czasie. Znów coś przespałem.

 Po drodze mija środa i podczas gdy połowa ludzkości robi biceps, ja próbuję składać galerię do nadszarpniętych zębem czasu kawałków. Wreszcie wyciszony budzik i warkot wszystkich odkurzaczy w najbliższym sąsiedztwie – pora rozwinąć trzytomową listę „sobota” i zabrać się za dalsze przekładanie planów. Czas mija błogo, a od nadmiaru możliwości aż się wszystkiego odechciewa. Tak do drugiej w nocy. Technicznie, niedziela. Biel monitora drażni oczy, a pomimo uderzania łbem o klawiaturę, tekst jakoś nie chce się napisać. Kapituluję, felieton plasuje się w drugiej setce planów na niedzielę.

 Wybaczcie, że ostatnio zieje tu pustką. Mój pulpit jest za to usiany dwuakapitowymi tekstami. Za diabła nie pamiętam o czym są, ale kiedyś pewnie je skończę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s