Twenty One Pilots

Yo.

1984

 Mimo, delikatnie mówiąc, sceptycznego nastawienia względem nowego układu na scenie politycznej, nie byłem przygotowany na tak drastyczne zmiany. Słuchając topornej propagandy nie jestem pewien, czy cały kraj pogrążony jest w psychozie, czy niepokojące rzeczy dzieją się wewnątrz mojej głowy.

 Sparaliżowane zostały wszystkie komórki władzy państwowej. Niezależnie od branży i stopnia specjalizacji, stanowiska obejmują poplecznicy partii, których wypowiedzi uwłaczają inteligencji, etyce i poczuciu dobrego smaku, a działania nie mają wiele wspólnego z dobrą zmianą. Odrywając sprawowanie najwyższych funkcji od sztuki dyplomacji dają popis niekompetencji, wprowadzając w zażenowanie i poczucie bezsilności miliony Polaków. Resort po resorcie, każdego dnia ujawniane są niezręcznie tuszowane skandale, odbijające się na polityce zagranicznej i gospodarce. Zwróciliśmy na siebie uwagę całego świata, którego krytyka spotyka się z arogancją rady ministrów. Zmierzamy ku izolacji, a podjęty kierunek zagraża członkostwu w paktach, o które walczono przez kilka dekad. Tak oto wpisane w kotwicę „P” staje się symbolem Polski tonącej.

 Patriotyzm został dostosowany na potrzeby nowomowy, wliczając konstytucję, postać Lecha Wałęsy, czy postawę Andrzeja Rzeplińskiego, który powoli urasta do roli bohatera narodowego. Kreowanym symbolem jest katastrofa, którą kompromitujące raporty i kolejne teorie spiskowe sprowadziły do taniej sensacji. Coraz większą rolę odgrywa kościół, a katolickie dogmaty bezpośrednio wpływają na brzmienie ustaw. Nie rozwiązaliśmy kwestii światowego kryzysu humanitarnego, a tworzymy kolejny, wewnętrzny. Dzieci, które wracają do rozbitych rodzin po wprowadzeniu ustawy zapomogowej to patologia w najczystszej postaci. Nie wyobrażam sobie, z jakimi zamieszkami będzie wiązać się jej ukrócenie i jaką cenę poniesiemy za jej wdrożenie. Nawet jeżeli uda się demokratycznie przejąć władzę w przyszłych wyborach, zniszczenia będą wymagać wielu lat odbudowy. Świadomość ta ściąga dziesiątki tysięcy protestantów, pikietujących każdego tygodnia w największych miastach Polski. Zjawisko na taką skalę jest praktycznie niespotykane od lat osiemdziesiątych. Odpowiedzią na zorganizowane manifesty jest stek obelg z mównic konferencji prasowych, a przeciwko „komunistycznym” zapędom wypuszcza się bojówki skłonne palić i wieszać. Władzę objął człowiek, który nie zdaje sobie sprawy, że bycie w cieniu nie zależy ani od wzrostu, ani wysokości stołka. Dlatego polityczne pięć minut tego szaleńca odczuwać będziemy jeszcze długi czas. I mówię to bez obaw o bycie internowanym. Podrzędny obywatel niższego sortu nie może dostąpić zaszczytu, jakiego nie zaznał sam wódz. Gorzej z bojówkami. Dla nich będę albo Żydem, albo komuchem.

 Uświadomiłem sobie jednak, jak chwiejny jestem w swoich poglądach. Do tej pory powiesiłbym wszystkie psy świata na przypiętych do pni drzew działaczach Greenpeace. Ku ich uciesze, jak mniemam. Odkąd prezes zajął się puszczą Białowieską i przyczynił do upadku stadnin o światowej renomie, jestem najgorliwszym zwolennikiem zielonych i aktualnie rozważam zakup uprzęży alpinistycznej. Chyba klaruje się moja nowa przyszłość polityczna. A w razie konieczności, wbrew duchowi zielonych, nie poprzestanę na myślozbrodni, a ogłoszę sezon na kaczki.

Eric Clapton

„Layla” przegrała dziś z „Cocaine” przez rzut monetą. Tak bywa.

Sześć jardów Ameryki

 Dżinsowe koszule, potężne krążowniki walczące z nadsterownością i skąpane w słońcu drapacze chmur. Od masła orzechowego, przez zieleń dolara i czerwień Stratocastera, mam ogromną słabość do wszystkiego zza wielkiej wody. Czas spędzony z kolejnym owocem amerykańskiej myśli technicznej jedynie wzmocnił fundament tej miłości.

 Poprzeszywana spawami, muskularna karoseria wprawiła w drżenie wszystkie struny mojej wrażliwości. Pikap to esencja prostoty i jeden z filarów amerykańskiego snu. Dla mnie, kolejny symbol wolności i marzeń o wyprawie w nieznane, pokonywaniu bezdroży przy zachodzie słońca i przygodzie. Wystarczyło trzaśnięcie klapą paki żeby bezwarunkowo pokochać ten wóz.

 Amerykański duch nie uległ przeskalowaniu do norm unijnych. To wciąż oparta na stalowej ramie nieruchomość, której zaparkowanie niemal zawsze wiąże się z przypadkowym podjęciem ładunku. Za utrzymanie wysokiego poziomu adrenaliny odpowiada podwójnie doładowany silnik, którego moc przenoszona jest na kompletnie odciążoną tylną oś. Ograniczona jedynie nieboskłonem przestrzeń bagażowa w większości przypadków pozostaje absolutnie bezużyteczna, a zajęcie miejsca w ciasnawej kabinie wymaga rozgrzewki i asekuracji linami. Dla rdzennych Jankesów, wyciągarki.

 Pozycja za kierownicą przypomina powożenie dyliżansem. Otoczenie z tej perspektywy staje się kruche i bezbronne. W ogromnych lusterkach rozciąga się widok dwóch jardów paki, otaczając martwą strefą wszystko, co nią nie jest. Siedzenie w niezniszczalnym schronie daje poczucie bezgranicznej władzy i kontroli. Wystarczy jednak domknąć drzwi, by ciche wnętrze ponownie przeniosło cię do cywilizowanego świata. To nie jedyny powód, dla którego utylitarny wóz znajduje coraz szerszą rzeszę zwolenników. Pikap to czystej krwi kapitalista. Dlatego jeśli jesteś przedsiębiorcą decydując się na jego zakup dajesz prztyczka w nos fiskusowi. Zimna wojna trwa w najlepsze.

 Amerykański sen. Warto do niego dążyć, a skrupulatnie planując przyszłość zostawić margines dla mniej racjonalnych decyzji. Zwłaszcza, że to tylko sześć jardów. Jeśli jednak, podobnie jak ja, każdej nocy masz inny amerykański sen i ciężko ci uśpić głos rozsądku, zainwestuj w kolekcję modeli. Dla marzyciela to nieco bezpieczniejsza inwestycja i lepszy pomysł na wykorzystanie pięciu metrów.

Moby

 

Bring Sally up and bring Sally down, lift and squat, gotta tear the ground. „Flower” to nie tylko pot, łzy i piach w zębach. To przede wszystkim zwiastun pojawienia się na scenie pięknej Eleanor.

Pain and gain

 Ból, podobnie jak stado stękających mężczyzn w najbliższym otoczeniu, da się polubić. Choć jeszcze niedawno uznałbym to za wyjątkowo zabawne połączenie, dziś blady wynik moich badań okresowych szybko ucina żarty. Muszę obrastać w zdrowie. To jest, masę.

 Przygodę zaczynam dość zachowawczo od zwiększonej dawki węglowodanów i opanowania teorii dietetyki. To całkiem proste, o ile odróżniasz w swojej lodówce puste kalorie od tych drugich. Wystarczy więc rozsiąść się wygodnie przed monitorem z kubłem masła orzechowego i już stawiasz pierwszy krok ku nieśmiertelności. Przeczesuję internet i zanim zdążę kliknąć kolejny poradnik dla początkujących dostrzegam ewolucję slangu kulturystów. Cukier nie nazywa się tak, jak miał w zwyczaju kwadrans temu. Muszę bardziej się pilnować z tą dietą. Po chwili okazuje się to całkiem nieskomplikowane, bo całe menu z powodzeniem mógłbym zastąpić trzema suplementami i wiadrem wody. Żeby urosnąć, musiałbym jeszcze zainwestować w kilka beczek proszku.

 Paweł ma czternaście lat i, co wspólne dla wszystkich nadzianych testosteronem użytkowników forum, bardzo interesuje się morską fauną. W przyszłości chciałby poławiać foki, a z dołączonego zdjęcia wnioskuję, że z łatwością mógłby przebiegunować Ziemię. Ardian i Kyrstian* rozwijają swoje zainteresowania chemiczne i prześcigają się w publikowaniu kolejnych wzorów i nazw substancji anabolicznych. Proponują gotowe diety wspomagające działania chemikaliów i odpowiednie plany treningów. Nie planują ponownego podejścia do matury, to przecież dla młodych. Ludzie, których w obawie o stracony czas albo zęby nie spytałbym o drogę, radzą, czym nadziewać sobie zadek i eksperymentują z najbardziej ekstremalną suplementacją. Skupię się więc na kolejnych kęsach carbo. Niegdyś, węglowodanach.

 Wciąż boli mnie twarz po tym, jak wycisk w leżeniu zdradził swoje prawdziwe oblicze. Lewe ramię faktycznie jakby odrobinę spuchło, ale może mieć to bezpośredni związek z ogniem w stawie barkowym. Po trzydziestu minutach prób wybicia zębów gryfem z najróżniejszych stron straciłem siły witalne i, w efekcie, przytomność. To kwadrans przed ustawowym wypuszczeniem do krwiobiegu pobudzonych pracą mięśni endorfin. Jestem więc obolały i nieszczęśliwy, a kolejne kilkadziesiąt minut spędzę wpatrując się w kiść bananów i kostkę białego sera. Jeśli nie zjem ich na czas, cały wysiłek pójdzie na marne.

 Następnego ranka mam drobne problemy z podniesieniem się do pionu. Nie ma przyrostu bez bólu, więc przezwyciężam te niedogodności i kulam się na boki w oczekiwaniu na interwencję sił fizyki. Pomimo usilnych prób przywrócenia kontroli, skurcze powodują ugięcie ramion w łokciach. Wyglądam jak prototyp robocopa, co w świecie pozafikcyjnym oznacza – debil. Mój nowy przyjaciel, lustro, zdradza, że cała sylwetka jest nienaturalnie powykrzywiana i zaczynam obawiać się trwałego kalectwa. Powyginany jak zakapior uderzam w miasto. Skończył mi się twarożek.

 Zamykam kolorowe strony nakłaniające do śmierci klinicznej w imię szybkiego przyrostu masy i postanawiam nigdy do nich nie wracać. Ze wszystkich jeżących włos na karku bzdur, jedna rzecz okazała się prawdziwa. Pomijając ciągłe liczenie do ośmiu, w trakcie ćwiczeń mózg ogranicza swoją aktywność wyłącznie do najbardziej podstawowych funkcji. To naprawdę relaksujące i prawdę mówiąc, warte odrobiny wysiłku. Tłumaczy też tak szerokie zamiłowanie do tej dyscypliny.

* oryginalna pisownia

Brodka & Podsiadło

 

Zagłębie obfituje w zdolnych ludzi – najpierw ja, teraz on.