O co chodzi z tym Sosnowcem?

  Dosłownie zewsząd dowiaduję się, że jestem jednym z ponad dwustu tysięcy nieszczęśliwie urodzonych. Wplatanie Sosnowca do najróżniejszych anegdot dodaje smaku spotkaniom towarzyskim, a tworzenie legend wzrosło do rangi sztuki. O co właściwie w tym wszystkim chodzi?

 Twarzą miasta jest Jan Kiepura, najrzadziej piracony artysta w historii muzyki rozrywkowej. Jego przywiązanie do miasta sprowadza się do tony granitu, którą został pośmiertnie ubezwłasnowolniony. Jest też Pola Negri, której historia z Sosnowcem sprowadza się do próby jego opuszczenia. Owszem, moglibyśmy poszczycić się Krzysztofem Materną, gdyby nie fatalny dobór partnera estradowego – wyjście z cienia Wojciecha Manna nie należy do rzeczy łatwych. Warto wspomnieć o Jacku Cyganie. Ale że cygan i Sosnowiec, to się jakoś przyjęło.

 Nie jesteśmy nadzwyczajni w żadnej innej dziedzinie. Wśród najbardziej zanieczyszczonych miast w Europie plasujemy się dopiero w trzeciej dziesiątce, co przekłada się jednak na przeciętne wyniki sportowców. Sosnowieccy biegacze najczęściej zdobywają raka, a miłośnicy dyscyplin wodnych dodatkową trzustkę i chitynowe pancerzyki. Kibiców lokalnej drużyny futbolowej podobno nie warto nawet bić, a ich klubowy regulamin oficjalnie zakazuje pedałowania w mieście. Samo posiadanie roweru zazwyczaj kończy się jego konfiskatą. Obserwując ulice po rozgrywkach ligowych jestem jednak przekonany, że już niedługo się wybijemy na tle sportowym.

  Choć niewielu w to wierzy, to całkiem normalne miejsce. Na sklepowych półkach jest Coca Cola, w lato mocniej przyświeca słońce, a w godzinach szczytu wszyscy jesteśmy Polą Negri. Na każdego mieszkańca przypadają trzy supermarkety, architekci radzą sobie z pokonywaniem przeszkód wodnych, a walkę z troskami codzienności wspiera prywatna izba wytrzeźwień. Miasto stawia na niską i zwartą zabudowę, odkąd dowiedziono wpływ wieżowców na liczbę prób samobójczych. Mieszkańców nierozsądnie wysokich pięter eksmitowano, zwiększając tym samym pulę wolnych mieszkań w rozsądnej cenie. Wbrew powszechnej opinii, nikt nam asfaltu na nie zwija. Od nadania praw miejskich w 1902 roku jeszcze nie dotarł do wszystkich dzielnic, albo najzwyczajniej zdążył już erodować. Jeśli nie szukasz pracy, w Sosnowcu znajdziesz wszystko to, co w innych europejskich metropoliach. Bezrobocie pozostanie problemem tak długo, jak długo będziemy oczekiwać wynagrodzeń na poziomie reszty Warszawy.

  Piękna zimowa aura upodabnia spacery do skandynawskich kryminałów. Ze względu na odsetek zaginionych, wszystkie referenda i wybory w historii Sosnowca zostały unieważnione. Wszystkie, poza ostatnimi, w czym również doszukuję się podłoża przestępczego. Każdy aport psa podnosi adrenalinę, a niepewność kogo tym razem odkopie i przywlecze szarga nerwy. Co najgorsze, pozornie najspokojniejszy dzień może zakończyć się wizytą na oddziale ratunkowym, gdzie rutynowe badania przeprowadza się chodakiem. Oczywiście, możesz obawiać się wysokiej przestępczości, to w końcu niezwykle głośna zbrodnia skierowała blask fleszy na Sosnowiec. Służby porządkowe wyciągnęły jednak wnioski ze zbyt brawurowej akcji pewnego błyskotliwego detektywa. Obecnie reagują na wszelkie zgłoszenia niezwykle powściągliwie.

  Cały ten zgiełk skłonił mnie do dokładnego sprawdzenia mapy. Ku zdziwieniu, Bydgoszcz, Elbląg, Wąchock, a nawet Wejherowo, wszystkie te zabawne miejscowości od lat otwierające furtki niezobowiązujących rozmów, w dalszym ciągu istnieją. Zacząłem podejrzewać, że naśmiewanie się z Sosnowca świadczy o upadku dowcipu w narodzie. Że to rodzaj terapii kosztem odległej, egzotycznej metropolii. Byłem w błędzie, z którego wyprowadziło mnie ponowne przejrzenie raportów zanieczyszczeń i migracji. Po tym, jak kryminaliści i fajtłapy z wszystkich wesołych miast wpadli rozrabiać do Sosnowca, zostawili po sobie nudną pustkę. Dlatego nie dziwię się, że macie tak czyste powietrze, Wejherowianie. U was nie ma już nawet z kogo się pośmiać.

Sześć jardów Ameryki

 Dżinsowe koszule, potężne krążowniki walczące z nadsterownością i skąpane w słońcu drapacze chmur. Od masła orzechowego, przez zieleń dolara i czerwień Stratocastera, mam ogromną słabość do wszystkiego zza wielkiej wody. Czas spędzony z kolejnym owocem amerykańskiej myśli technicznej jedynie wzmocnił fundament tej miłości.

 Poprzeszywana spawami, muskularna karoseria wprawiła w drżenie wszystkie struny mojej wrażliwości. Pikap to esencja prostoty i jeden z filarów amerykańskiego snu. Dla mnie, kolejny symbol wolności i marzeń o wyprawie w nieznane, pokonywaniu bezdroży przy zachodzie słońca i przygodzie. Wystarczyło trzaśnięcie klapą paki żeby bezwarunkowo pokochać ten wóz.

 Amerykański duch nie uległ przeskalowaniu do norm unijnych. To wciąż oparta na stalowej ramie nieruchomość, której zaparkowanie niemal zawsze wiąże się z przypadkowym podjęciem ładunku. Za utrzymanie wysokiego poziomu adrenaliny odpowiada podwójnie doładowany silnik, którego moc przenoszona jest na kompletnie odciążoną tylną oś. Ograniczona jedynie nieboskłonem przestrzeń bagażowa w większości przypadków pozostaje absolutnie bezużyteczna, a zajęcie miejsca w ciasnawej kabinie wymaga rozgrzewki i asekuracji linami. Dla rdzennych Jankesów, wyciągarki.

 Pozycja za kierownicą przypomina powożenie dyliżansem. Otoczenie z tej perspektywy staje się kruche i bezbronne. W ogromnych lusterkach rozciąga się widok dwóch jardów paki, otaczając martwą strefą wszystko, co nią nie jest. Siedzenie w niezniszczalnym schronie daje poczucie bezgranicznej władzy i kontroli. Wystarczy jednak domknąć drzwi, by ciche wnętrze ponownie przeniosło cię do cywilizowanego świata. To nie jedyny powód, dla którego utylitarny wóz znajduje coraz szerszą rzeszę zwolenników. Pikap to czystej krwi kapitalista. Dlatego jeśli jesteś przedsiębiorcą decydując się na jego zakup dajesz prztyczka w nos fiskusowi. Zimna wojna trwa w najlepsze.

 Amerykański sen. Warto do niego dążyć, a skrupulatnie planując przyszłość zostawić margines dla mniej racjonalnych decyzji. Zwłaszcza, że to tylko sześć jardów. Jeśli jednak, podobnie jak ja, każdej nocy masz inny amerykański sen i ciężko ci uśpić głos rozsądku, zainwestuj w kolekcję modeli. Dla marzyciela to nieco bezpieczniejsza inwestycja i lepszy pomysł na wykorzystanie pięciu metrów.

Pain and gain

 Ból, podobnie jak stado stękających mężczyzn w najbliższym otoczeniu, da się polubić. Choć jeszcze niedawno uznałbym to za wyjątkowo zabawne połączenie, dziś blady wynik moich badań okresowych szybko ucina żarty. Muszę obrastać w zdrowie. To jest, masę.

 Przygodę zaczynam dość zachowawczo od zwiększonej dawki węglowodanów i opanowania teorii dietetyki. To całkiem proste, o ile odróżniasz w swojej lodówce puste kalorie od tych drugich. Wystarczy więc rozsiąść się wygodnie przed monitorem z kubłem masła orzechowego i już stawiasz pierwszy krok ku nieśmiertelności. Przeczesuję internet i zanim zdążę kliknąć kolejny poradnik dla początkujących dostrzegam ewolucję slangu kulturystów. Cukier nie nazywa się tak, jak miał w zwyczaju kwadrans temu. Muszę bardziej się pilnować z tą dietą. Po chwili okazuje się to całkiem nieskomplikowane, bo całe menu z powodzeniem mógłbym zastąpić trzema suplementami i wiadrem wody. Żeby urosnąć, musiałbym jeszcze zainwestować w kilka beczek proszku.

 Paweł ma czternaście lat i, co wspólne dla wszystkich nadzianych testosteronem użytkowników forum, bardzo interesuje się morską fauną. W przyszłości chciałby poławiać foki, a z dołączonego zdjęcia wnioskuję, że z łatwością mógłby przebiegunować Ziemię. Ardian i Kyrstian* rozwijają swoje zainteresowania chemiczne i prześcigają się w publikowaniu kolejnych wzorów i nazw substancji anabolicznych. Proponują gotowe diety wspomagające działania chemikaliów i odpowiednie plany treningów. Nie planują ponownego podejścia do matury, to przecież dla młodych. Ludzie, których w obawie o stracony czas albo zęby nie spytałbym o drogę, radzą, czym nadziewać sobie zadek i eksperymentują z najbardziej ekstremalną suplementacją. Skupię się więc na kolejnych kęsach carbo. Niegdyś, węglowodanach.

 Wciąż boli mnie twarz po tym, jak wycisk w leżeniu zdradził swoje prawdziwe oblicze. Lewe ramię faktycznie jakby odrobinę spuchło, ale może mieć to bezpośredni związek z ogniem w stawie barkowym. Po trzydziestu minutach prób wybicia zębów gryfem z najróżniejszych stron straciłem siły witalne i, w efekcie, przytomność. To kwadrans przed ustawowym wypuszczeniem do krwiobiegu pobudzonych pracą mięśni endorfin. Jestem więc obolały i nieszczęśliwy, a kolejne kilkadziesiąt minut spędzę wpatrując się w kiść bananów i kostkę białego sera. Jeśli nie zjem ich na czas, cały wysiłek pójdzie na marne.

 Następnego ranka mam drobne problemy z podniesieniem się do pionu. Nie ma przyrostu bez bólu, więc przezwyciężam te niedogodności i kulam się na boki w oczekiwaniu na interwencję sił fizyki. Pomimo usilnych prób przywrócenia kontroli, skurcze powodują ugięcie ramion w łokciach. Wyglądam jak prototyp robocopa, co w świecie pozafikcyjnym oznacza – debil. Mój nowy przyjaciel, lustro, zdradza, że cała sylwetka jest nienaturalnie powykrzywiana i zaczynam obawiać się trwałego kalectwa. Powyginany jak zakapior uderzam w miasto. Skończył mi się twarożek.

 Zamykam kolorowe strony nakłaniające do śmierci klinicznej w imię szybkiego przyrostu masy i postanawiam nigdy do nich nie wracać. Ze wszystkich jeżących włos na karku bzdur, jedna rzecz okazała się prawdziwa. Pomijając ciągłe liczenie do ośmiu, w trakcie ćwiczeń mózg ogranicza swoją aktywność wyłącznie do najbardziej podstawowych funkcji. To naprawdę relaksujące i prawdę mówiąc, warte odrobiny wysiłku. Tłumaczy też tak szerokie zamiłowanie do tej dyscypliny.

* oryginalna pisownia

Poszukiwacze zaginionego czasu

 Gdy odzywa się pierwszy z kilkunastu ignorowanych sygnałów budzika, nie mam pojęcia jak długo spałem. Szybko rozstrzygam, że jestem spóźniony, a podczas walki z alarmem naderwałem prostowniki pleców. Mimo to, uśpiona jeszcze czujność pozwoli na zaparzenie dobrej kawy i leniwy start. Wsiadam do samochodu i jadę zastygnąć w korku. Czas tyka pompując adrenalinę, sercem pędzę, zadkiem dalej siedzę. Wszyscy zaspaliśmy, ale mój pas ruchu stoi jakby bardziej.

 Docieram do pracy trzy po. Nieźle, oceniając postój w korku na jakieś pół dnia. Na dobry start niedobra kawa i kiedy mój biologiczny zegar oznajmia upływ ośmiu godzin, powitalny ekran służbowego komputera zdradza, że nie zdążyłem się nawet zalogować. Powolne minuty, które z braku zajęcia ciągną się w nieskończoność, drastycznie przerywają informatyczne skrypty. Skrzynka pocztowa pobiera wiadomości z odległej przeszłości i te, które zmuszony będę przenieść do odległej przyszłości. Czas zaczyna galopować, a widmo nadminut w biurze podnosi ciśnienie. Konieczność spisania kolejnej umowy uświadamia, że ta zawodowa arytmia trwa już od dobrych kilkunastu miesięcy. „Jak ten czas leci”. Po dniu, który trwa nie wiadomo ile klikam „wyloguj” i biegnę. Biegnę, bo tuż za progiem firmy rozpoczyna się inna strefa, w której czas płynie dwa razy szybciej, i w której z pewnością właśnie zaczęło padać. Biegnę sobie postać w korku.

 W progu wita mnie pies, który odbija się na pęcherzu jak na rehabilitacyjnej piłce. Biegniemy stałymi ścieżkami, aż nie zrzuci „dwójki”. Po tym krótkim elemencie zdrowego trybu życia wypadałoby coś zjeść. Cuda z tacki wygrywają z przygotowaniem czegoś mniej rakotwórczego. Zanim zawrzałaby woda na makaron, zdążyłbym odgryźć sobie z głodu rękę.

 Upragniony czas wolny. Trzy minuty trzymania rytmu na basówce wymagają kilku mozolnych godzin nauki. Chyba mnie na to nie stać, więc bezpieczniej nie zaczynać. Podobnie z grami, bo przerwy w rozgrywkach wymazały z pamięci przebieg fabuły. Kiedyś zacznę od nowa. To może jakiś film? Owszem, ale wyłącznie w kilku kawałkach. Finalnie pojawia się na sto siedemnastym miejscu listy pod tytułem „sobota”. Decyduję się na serwis informacyjny, w końcu warto być na czasie. Tu prawdziwe anomalie. Po upływie stu dni cofamy się trzydzieści lat wstecz i jesteśmy na dobrej drodze do zniwelowania dorobku Kazimierza Wielkiego. W tym tempie jutro ogłoszą stan wojenny, a za tydzień noc kaczych noży. Stwierdzam za to, że posłanki dzielnie opierają się czasowi. Muszą dość mocno wklepywać w głowy te swoje maseczki.

 Na deser książka. Powieki stają się ciężkie, raz za razem litery znikają za mgłą, albo cholera wie gdzie je niesie. Nie wiem, czy drzemałem kwadrans, czy kilka godzin. Rozpostarta na dywanie psia „dwójka” wreszcie pozwala mi odnaleźć się w czasie. Znów coś przespałem.

 Po drodze mija środa i podczas gdy połowa ludzkości robi biceps, ja próbuję składać galerię do nadszarpniętych zębem czasu kawałków. Wreszcie wyciszony budzik i warkot wszystkich odkurzaczy w najbliższym sąsiedztwie – pora rozwinąć trzytomową listę „sobota” i zabrać się za dalsze przekładanie planów. Czas mija błogo, a od nadmiaru możliwości aż się wszystkiego odechciewa. Tak do drugiej w nocy. Technicznie, niedziela. Biel monitora drażni oczy, a pomimo uderzania łbem o klawiaturę, tekst jakoś nie chce się napisać. Kapituluję, felieton plasuje się w drugiej setce planów na niedzielę.

 Wybaczcie, że ostatnio zieje tu pustką. Mój pulpit jest za to usiany dwuakapitowymi tekstami. Za diabła nie pamiętam o czym są, ale kiedyś pewnie je skończę.

Wystukany

 Nie mam już dwudziestu lat. Jestem tego świadom szczególnie, gdy życie zmusza mnie do oderwania obu stóp od ziemi albo urwania kilku godzin snu. Staram się nie narażać na działanie muzyki, której jeszcze nie tak dawno słuchałem bez końca. Sądziłem wtedy, że tak już pozostanie. Choć teraz potrafię nieco lepiej przewidywać i planować przyszłość, wiem, że z biegiem czasu zdolność ta znów ulegnie pogorszeniu. Szukając tortu pod kopcem świeczek w dalszym ciągu nie akceptujemy stanu rzeczy i odsuwamy od siebie myśl zestarzenia.

 A starość to ostatnia rzecz, jakiej potrzebujemy na drogach. Stary asfalt w końcu zeroduje, a sparciałe opony nie zapewnią przyczepności na dziurawych drogach. Wybujały dąb podczas poślizgu roztrzaska karoserię z jeszcze większą łatwością, niż młody pniaczek. Wysłużony silnik będzie palić wszystko, poza wylewającą się na koleiny benzyną, wyrzucając kłęby duszącego dymu. Za kierownicą starego samochodu będzie nastolatek, który zamiast na solidniejszy wóz, odkłada na palone w czasie jazdy jointy, albo jego pierwszy właściciel, który na najbliższych światłach zapomni o celu podróży. Nieaktualne ubezpieczenie, posiwiały kundel paskudzący siedzenia – można wyliczać bez końca. To nie jest miejsce dla starych rzeczy, o czym przekonałem się na własnej skórze.

 Po zaparkowaniu zobaczyłem, że przejeżdżający obok starszy pan dość żywo gestykuluje pod moim adresem, dlatego postanowiłem wysiąść i zaczekać na dalszy ciąg wydarzeń. W ten sposób stałem się świadkiem kolizji z udziałem własnego samochodu. Jegomość wycelował w zajęte przeze mnie miejsce jak gdyby wciąż było wolne i, zorientowawszy się, zatrzymał wóz w poprzek ulicy. Spojrzał przed siebie, gdzie najprawdopodobniej miał zamiar odjechać, wrzucił wsteczny i dość żwawo ruszył. Przyznam, że na ten widok i mnie zgrzytnęło w krzyżu. Grobową ciszę i szok przerwał inny starszy pan, który zwykle o tej porze wraca z ogródków działkowych swoim skowyczącym Focusem MkI – podróż w obie strony zawsze pokonuje na pierwszym biegu. Nauczony nowymi doświadczeniami domyślam się, że to także przełożenie, które służy mu do cofania. Owszem, samochód sprawcy wskoczył na pancernego Fiata, przyprawiając go jedynie o serię rozstępów i jasnego sińca. Ale myląc kierunek jazdy można kogoś najzwyczajniej rozjechać.

 Następnego ranka moje wrażliwe „ja”, rozważające zakopanie oświadczenia w innych dokumentach i zapomnienie o sprawie, łupnęło o podsufitkę i wróciło tam, gdzie jego miejsce. Mógłbym przysiąc, że pochowanego pod kołami złomu dzień wcześniej nie było. Jeszcze czując wydatek związany z nowym kompletem opon na początku sezonu, wpadłem w szał. Oskubię dziada.

 Samo zgłoszenie szkody jest dość proste, zwłaszcza z odpowiednio spisanym oświadczeniem. Nie zaufałem elektronicznej wersji, ponieważ jedno niefortunne kliknięcie mogłoby zrobić ze mnie sprawcę. A o niefortunne kliknięcia u mnie nietrudno. Byłem przygotowany na zbagatelizowanie uszkodzeń i doprowadzenie do wypłaty jak najniższego odszkodowania – druga strona wykupiła polisę u tego samego ubezpieczyciela. Kiedy jednak rzeczoznawca pominął zarysowania powstałe podczas stłuczki poszukując wszystkiego, co nie było z nią związane, sprawy przyjęły dość oburzający kierunek. Z powodu kilku marginalnych wad lakierniczych, towarzystwo uchyliło się od wypłaty połowy należnej kwoty, cicho oskarżając o próbę wyłudzenia. Nieco wcześniej, w moim najbliższym otoczeniu, firma z tradycjami odmówiła wymiany stłuczonego błotnika z powodu kilku ognisk korozji. Sytuacja wzburzyła mnie tak dogłębnie, że na samą myśl wpadam w niekontrolowaną furię. Poczułem się, kolejny raz, wystukany.

 Codziennie przejeżdżam po plamach strażackiego sorbentu i stoję w korkach spowodowanych wypadkami. Co więcej, ponad trzy czwarte wszystkich zdarzeń to drobne szkody parkingowe. Ile zatem rozbijamy samochodów każdego dnia? Jeżdżenie przestało być przywilejem, może warto więc zainwestować w okresowe badania psychotechniczne? Rokrocznie z tytułu OC wpłacam kwoty, na które nie mogę sobie najzwyczajniej pozwolić. I pomimo trzykrotnego przejechania globu, w świetle przepisów wciąż podlegam najwyższym wymiarom składek. Dlatego sposób, w jaki zostałem potraktowany, motywuje mnie do rozejrzenia się za innym towarzystwem ubezpieczeniowym. Bezsilność i dość krzywdzące reguły w żaden sposób nie poprawiają poczucia bezpieczeństwa. Bo co w przypadku, gdybym został sparaliżowany od pasa w dół, ale historia medyczna wykazała problemy z łękotką? Albo rozbił samochód w drobny mak, mając niesprawny hamulec ręczny? Do pewnych decyzji i perspektyw człowiek musi po prostu dojrzeć. Do innych – wręcz przeciwnie.

W razie wypadku pociągnij za spust

 Kilka tygodni temu poddawałem w wątpliwość sens posiadania konia w dobie samochodów hybrydowych i konsoli play station. Przestrzegałem was także przed ryzykiem wałęsania się za odwłokiem tych nieodgadnionych, i nie do końca lotnych stworzeń. Stało się. Podczas niepokojących halnych anomalii, skutkujących burzą z piorunami w środku zimy, doszło do zdarzenia, które przywodzi jeszcze jedną myśl w temacie. Wizerunek nowoczesnego kowboja, to przede wszystkim naładowany Colt Navy.

 Właściwie, każdy powinien mieć dostęp do tego niezwykle zgrabnego rewolweru, z jednym choćby pociskiem kalibru czterdzieści pięć w bębenku. Zawsze bowiem możesz zostać napadnięty przez bandę rzezimieszków. I choć broń nie zniweluje przewagi liczebnej, wymachując giwerą będziesz wyglądać całkiem „cool”. Co ważniejsze, będziesz w stanie oddać strzał do każdego, kto waży się wezwać karetkę po twoje poobijane truchło. W zupełnie innych okolicznościach może się okazać, że twój oddany rumak, w przypływie lekkiego zaniepokojenia, postanowi huknąć cię z kopyta prosto w głowę (co przez resztę dnia jest traktowane jako uraz twarzoczaszki). Co jeśli wskutek takich, czy innych obrażeń stracisz przytomność? Jest to o tyle gorsze, że nie zdążysz sobie odstrzelić łba do reszty. A uwierz, wolałbyś.

 Spodziewałem się kolejnych przypadków podkowy wciśniętej w trzewioczaszkę, ludzi w poszarpanych zębami rekina akwalungach, widoku przetartych uprzęży wspinaczkowych i drzwi Fiesty utkwionych głęboko w zadku. Sądziłem, że do szpitalnego oddziału ratunkowego trafia się w pozycji horyzontalnej, zapewniając drobną dawkę joggingu Dougowi Rossowi i kilku przekrzykującym się statystkom. Byłem w błędzie. Okazuje się bowiem, że po udziale w niedzielnej mszy, wystawnym obiedzie i zakupach na nadchodzący tydzień, w dobrym smaku jest wybrać się z wizytą w SORze. Poczekalnia pełna jest okazów zdrowia, których dręczą „pewne obawy” i „dziwne dolegliwości”. Między walizkami wczasowiczów, wypchanymi tobołami w kratę i zapomnianymi ofiarami wypadków z ubiegłego miesiąca, zwinnie przeskakuje wysportowany jegomość – przepisany dzień wcześniej lek nie przynosi żadnego efektu. Wymagana hospitalizacja, natychmiast. Lufa sama dźwiga się z niedowierzania. Odłóż pistolet, będzie jeszcze ciekawiej.

 Pomimo braku elementarnej wiedzy medycznej, po czterech godzinach czekania wykluczamy zagrożenie życia. Z każdą kolejną minutą wzrasta jednak ryzyko nabawienia się szeregu nowych dolegliwości, głównie o podłożu psychicznym. Choć wisząca na skrawkach skóry głowa powoli zaczyna domagać się burgera i kufla piwa, poczucie głodu hamują zadowoleni z przebiegu weekendu faceci w piżamach, których nylonowe pęcherze dumnie spoczywają na kolanach. Przed ucieczką powstrzymuje cię zamurowanie szpitalnymi łóżkami i fakt, że do badania lekarskiego i niezbędnej do wypisu historii medycznej prowadzi ta sama, krzyżowa, droga. Po trwającym kilka minut badaniu tomografem, dość zabawny lekarz gratuluje szczęścia i uspokaja. Werdykt musi jednak ocenić kolejny facet w kitlu. Przecież ten z poczuciem humoru może żartować, prawda?

 Niemal odgryzając sobie rękę, zarażając natręctwem pani „obawiam się”, przyjmując nylonowe pęcherze, toalety czujnie obserwowane okiem kamer (tak, z niefortunnej perspektywy) i stękanie za jak najbardziej normalne, człowiek zaczyna odczuwać obawy, że trafił na oddział zamknięty. Samodzielne wystawienie diagnoz zajmuje laikowi kilka minut – noga odwrócona o sto osiemdziesiąt stopni, zwęglenie trzeciego stopnia, przestrzelina brzucha, czerwone opaski. Zawodowcom, stale kursującym między milionem pięter i oddziałów szpitala, potrzeba kilku godzin na dotarcie do tych przypadków. Sama diagnoza – kilkanaście sekund. Kiedy w stanie odrobinę przypominającym niecierpliwość zaczynasz szukać osoby odpowiedzialnej, krążysz, drepczesz i spływasz bezsilnie po ścianie, usłyszysz wyłącznie szorstką uwagę o brudzeniu elewacji.

 Wrażenie kompletnego braku kontroli jest porażające. W ciągu kilku minut trzy osoby zapewniają, że wymagana jest konsultacja zupełnie różnych specjalistów. Na szczęście uraz okazał się być niegroźny. W innym przypadku byłyby to trzy różne wyroki śmierci. Lekarzy jest najzwyczajniej zbyt niewielu, a poczekalnie oblegają tłumy hipochondryków, których niesamowite przypadłości przerastają możliwości szpitali. Chyba wiem skąd wytrzasnąć dwadzieścia milionów na poprawę tej sytuacji. Do tego czasu zastanów się, czy na pewno wymagasz opieki medycznej. I czy nie możesz poczekać do poniedziałku.

PS: No i czytaj moje teksty – będziesz wyraźnie zdrowszy.

Końskie zdrowie

 Choć żaden oficjalny dokument tego nie stanowi, systematycznie pogłębiający się debet świadczy, że jestem właścicielem konia. Jeśli sądzisz, że to dość prestiżowy dodatek majątku, pozwól, że wyprowadzę cię z błędu. Nie zważając na starania, w siodle wyglądam jak pędząca wierzchem krewetka. Zatem odkładając na bok mrzonki o kowbojskim życiu macham widłami i dbam, żeby pod kopytami nigdy nie zabrakło „siana”. Podobno te dwie czynności dodają mi seksapilu. Nie wiem czy to prawda. Nie wiem też, jak koń zdołał dotrwać ery smartfonów. Wiem za to, że twórca popularnego powiedzonka był dowcipnisiem.

 Prawda jest bowiem taka, że życie konia jest niekończącym się pasmem chorób i udręk, których nabawić się może z najbardziej błahych i prozaicznych powodów. Jest ich tak wiele, że nie udało się jeszcze stworzyć solidnego kompendium, a ewolucja nieustannie działa na niekorzyść zwierząt, sprawiając je bardziej podatnymi i wrażliwymi. Z autopsji wiem, że zbyt długie kończyny w połączeniu z kiepskim stosunkiem masy mózgu do reszty ciała mogą prowadzić do poważnych wypadków. W przypadku konia, jakakolwiek kontuzja nogi może sprowadzić go do roli włoskiego dania tradycyjnego, albo niezwykle powolnej i utykającej kosiarki.

 Jeśli nieco zagalopujesz się na zbyt twardym podłożu dojdzie do podbicia, czyli wypełnienia kopyt ropą. Cierpienie zwierzęcia, radość weterynarza i codzienne rytuały opiekuna – owijanie pęcin, czyszczenie sierści i przemycanie środków przeciwzapalnych w wydrążonej marchewce. Jeśli zaś źle ocenisz teren przed sobą i gleba okaże się zbyt miękka, bądź gotowy na naderwanie, czy nawet całkowite zerwanie ścięgna. Znacznie większe cierpienie, weterynarz rezerwujący pobyt na Haiti, codzienne owijanie i smarowanie pęcin, czyszczenie sierści i próba znalezienia marchewki, która pomieści kilogram środków psychotropowych. W międzyczasie nie możesz zapomnieć o regularnym czyszczeniu wartego horrendalne sumy boksu, żeby pupil nie zaczął gnić od kopyt, przebierać suchy chleb w poszukiwaniu mikroskopijnego nalotu pleśni, który pupila zabije i koniecznie zamykać drzwi. Przeciągi bowiem mogą doprowadzić do mięśniochwatu, który poza znanym już ciągiem, z pewnością zadziała jak nieświeży croissant.

 Nawet najbardziej pedantyczne podejście do hodowli, sportu i rekreacji , nie jest w stanie uchronić cię przed komplikacjami zdrowotnymi. Kaszel? Wystarczy jedna zarażona sztuka, a w okamgnieniu wszystkie pięćdziesiąt będzie radośnie pobechiwać pod wspólnym dachem. Część będzie również kuleć, inne goić rany powstałe wskutek zapoprężenia, a na adres lecznicy zostanie już dostarczony Bentley Continental z butelką najdroższego wina. Nawet najbardziej spektakularny czystej krwi arab za bajońskie sumy najchętniej wytarza się w jakimś paskudztwie, którego rozczesanie zajmie miesiąc, i zmusi właściciela do podążania tropem kopyt z szufelką i zmiotką. W głębi ducha jednak cieszysz się, że postanowił poprzeciągać się na świeżym powietrzu, a nie w boksie, gdzie jego nogi mogłyby zaklinować się o ścianę. I po kilku godzinach nieudanych prób obrócenia się na drugą stronę, paść z wycieńczenia. Zatem cały majestat konia polega na niespiesznym przemierzaniu świata w poszukiwaniu czegoś do zżucia i samym żuciu, po znalezieniu tego czegoś. Oczywiście, wszystkie niefortunne wypadki mogą zdarzyć się właśnie podczas takich spacerków. Albo, podczas walki tych sześciuset kilogramowych, podkutych młotonogów o najlichsze źdźbło trawy. Te stworzenia naprawdę są w stanie zrobić krzywdę, a szybkość reakcji i zasięg ataku robi wrażenie. Pamiętaj o tym przechodząc za zadem. Pamiętaj też, że koń notorycznie odgania od siebie wszelkiego rodzaju robactwo, a cios ogonem w twarz jest cholernie nieprzyjemny. Ale to cholernie.

 Dowcipnisiem był również człowiek, który nazwał moje zwierzę. Mimo to rozumiem, dlaczego wybrał przeciwieństwo bessy. Koń bowiem dziedziczy imię po matce, a zasadniczo, po pierwszej literze jej imienia. Jestem przekonany, że to była Hipochondria, albo Hipoteka.

 Chętnie podzieliłbym się kolejnymi historiami z tego fascynującego świata, ale niestety, pora na wcierki, masaże i oprowadzanie w duchu rekonwalescencji naderwanego ścięgna. Spytacie zatem – jak to? Przecież koń był gotów do nieustannej pracy w najcięższych nawet warunkach. Owszem. Ale były to czasy, kiedy futryny montowano na wysokości metra sześćdziesięciu, grypa była widmem śmierci, a człowiek musiał narażać zadek na niewygody siodła. Cieszyć się z końskiego zdrowia, to poważne schorzenie. Powiedzonko zdaje się być ironią, która powoli zatracała swój sens. Dlatego dokładniej przyjrzałbym się rybom. Może tak napieprza je w krzyżu, że aż odbiera mowę.