Pasja brutto

  Hej ho, hej ho, pora porzucić kolorowy świat bajek i dziecięcej beztroski. Stoisz u progu sławy i fortuny. Spotkań, bankietów, uścisków dłoni i wielomilionowych kontraktów. Na drodze do dojrzałości pozostaje ostatnie pytanie – czy praca to pasja?

  Niezależnie czy przez ostatnie klika lat interesowałeś się niedopałkami viceroyów, czy fizyką kwantową, twoja wizja pracy może być nieco zakrzywiona. Nawet jeśli brak ci talentu Micka Jaggera i urody Keiry Knightley, wciąż masz szansę na znalezienie niezwykle przyjemnego i dochodowego zajęcia. Junior penetration tester brzmi całkiem rozsądnie. Wysoko na liście wymarzonych posad znajdziesz też frontend i backend specialist (ogromny plus dla pracodawcy za ponadprzeciętną tolerancyjność). Wisienką na torcie jest umowa o dzieło i atrakcyjny benefit w postaci kawy z ekspresu. Szybko zauważysz, że robisz to wszystko wyłącznie z pasji.

  Czy kariera zawodowa może być przyjemna? Już podczas rozmowy kwalifikacyjnej ktoś wyceluje ci w twarz ogromny obiektyw Canona i uprzejmie poinformuje o nagrywaniu przebiegu castingu. Oczywiście możesz odmówić, prawdopodobnie jeszcze pamiętasz gdzie są drzwi. Jako dojrzewający młodzieniec pewnie spodziewasz się, że zaraz na planie pojawi się jakiś goły murzyn. Muszę cię jednak rozczarować – to ty jesteś murzynem* i uwierz mi na słowo, już niedługo będziesz goły. Podobieństw codzienności zawodowej do przywołanej, najradośniejszej branży jest znacznie więcej. Przez osiem godzin musisz sprawiać wrażenie, że naprawdę ci się podoba. Swoich współpracowników będziesz dzielić na genitalia płci obojga, z niewielką domieszką wulgarnych przedrostków. A po nadejściu pierwszej wypłaty poczujesz, jak dotkliwie zostałeś wydymany.

  Zdecydowana większość ankietowanych maturzystów postawiło na pasję, lub odpowiedzieli instynktownie na widok kamery reportera. Pomysłodawca tematu tegorocznej matury nie dał egzaminowanym najmniejszego wyboru i podejrzewam, że wszyscy doskonale wpasowali się w klucz odpowiedzi. W tym miejscu pragnę zaapelować do najwyższej władzy partyjnej o wprowadzenie obowiązkowego egzaminu z religii i zwiększenie liczby godzin tego przedmiotu. Dojrzały człowiek powinien bowiem wiedzieć, że pasja to cierpienie.

*Podobno kiedyś tak się mówiło.

Laski w szrotach

 Stoję u progu niezwykle istotnej decyzji. Decyzji, która wpłynie na każdy dzień kilku następnych lat. Wybór samochodu to coś absurdalnie trudnego. Jeśli zdecydujesz się na używany wiedz, że bagażnik był schronieniem karasi podczas największej powodzi od czasów Noego, a rysa na dachu może być pamiątką po jego arce. Każda kobieta, która choć na moment zajmie miejsce na tylnej kanapie zajdzie w ciążę, nawet jeśli lekarze nie dawali najmniejszych szans. I każdy jeden jest kradzionym czterośladem z przekręconym licznikiem.

 Mógłbym sobie jednak pozwolić na nieco niedogodności. Tak oto ślinię się na widok kilkunastoletniego Jaguara XJ z widlastą ósemką, srebrnym lakierem i jasną skórą. Problem w tym, że nawet jeśli zakładam białą koszulę to podwijam jej rękawy. Płytę, która mi się znudzi przerzucam przez bark, a po miesiącu jazdy wnętrze wygląda jak mobilna filia wysypiska Barycz. Podobnie też pachnie. Przez większą część roku szyby usmarowane są psim nosem, a bagażnik przypomina siodlarnię. Skoro nie jestem Jolantą Kwaśniewską z zaciekawieniem oglądam Forda Capri. Niestety szalejąca powódź wyciągnęła z jego wnętrza wszystko, co w jakikolwiek sposób byłoby przydatne albo wygodne. No i wizualnie bliżej mu do poloneza niż rasowego amerykańca. To prowadzi do szukania rozwiązań na co dzień.

 Chciałbym zapuszczać się w las nie dzwoniąc jednocześnie do ASO w sprawie wymiany wahacza. Wyższe zawieszenie pomogłoby mi też ograniczyć używania słowa na „k”. Lubię spać więc nie miałbym zamiaru wstawać trzy godziny wcześniej żeby znaleźć miejsce dla czarnego sedana. Nie kupię czerwonego roadstera z tych samych powodów, przez które nie mam szelkonstringów Borata. Mała terenówka też nie jest rozwiązaniem. Lubię serpentyny i smuciłbym się lecąc jak kauczuk z jakiegoś urwiska. Duża tym bardziej, bo nie potrafię jeździć bez kierunkowskazów. W dodatku ubezpieczyciel za jedną ratę OC wybudowałby sobie daczę na Mazurach. Jak to dobrze, że powstały crossovery!

 Niestety, są wszędzie. Nie do końca rozumiałem, jak komuś może podobać się odpowiednik żółtego buta trekkingowego. Każdy z nich jest czysty i na ogół mniej lub bardziej prawidłowo zaparkowany w miejskiej dżungli. Jadąc gdziekolwiek, gdzie jest choć odrobina lasu i trawy możesz naprawdę nieźle się zabawić bez obaw o przechodniów. To oznacza, że buty trekkingowe dalej stoją pod blokiem. Olśnienie dotarło podczas wyławiania psa z sadzawki. W pogoni za kaczką założył na siebie sedes w sposób, w jaki weterynarz chroni zwierzęta abażurem przed lizaniem swych miejsc intymnych.

 Żyjemy w czasach, gdy wyższą kulturą jest celny rzut papierkiem do kosza. Kultura fizyczna przestała istnieć – skuteczność rzutu i zdolność do skłonów są tragiczne. Podobnie z krzepą. Jedząc batonik męczymy się na tyle, że nie dajemy rady donieść papierka do oddalonego o pięć metrów kubła. Żeby wyrzucić folię z okna samochodu trzeba być po prostu idiotą. Tak samo w przypadku wyrzucania śmieci do nieodpowiednich kubłów. Suche i mokre – żadnej filozofii. Jeśli nadal nie potrafisz tego odróżnić niedługo czeka cię cykl przykrych zabiegów u urologa.

 Ale wyrzucenie sedesu, telewizora rodem ze skansenu i miliarda innego badziewia gdziekolwiek pojawią się dziko rosnące drzewa wymaga znacznie większego wysiłku. Większego niż przegonienie gołębi i przygniecenie nurka kolejną warstwą gruzu. Z niedowierzaniem patrzę na owoc największej głupoty człowieka. Po to są właśnie crossovery. Po południu jedziesz po nową plazmę parkując na miejscu dla inwalidów, a wieczorem zabierasz starą na romantyczną przejażdżkę. A kiedy w końcu wjedziesz na coś o minimalnej zawartości asfaltu nie zostawisz tam ani zderzaka, ani miski oleju. Chyba, że zalegały w twojej lodówce.

 Wybór samochodu, to naprawdę spory problem. Wiem jednak, że wolę jeździć z pięcioma zapasowymi wahaczami, niż dołączać do grupy aktywnych i przebojowych śmieciarzy. Aha, jeszcze jedno. Skoro stać cię na domek pod miastem i spłatę sprowadzanego Cayenne, możesz sobie pozwolić na luksus wywozu śmieci. Wożenie worów w bagażniku i wyrzucanie na osiedlach jest tylko trochę mniej żenujące od wyrzucania ich do lasu.