Nagle wyszła mgła

  W ubiegłym tygodniu postanowiłem nieco odetchnąć od szarości miasta i udać się na krótki wypad w góry. Śnieżna aura była wprost wspaniała, a zdjęcia ośnieżonych szczytów okazały się malownicze. Pomijając moją wielką, wyszczerzoną głowę na pierwszym planie, tła kolejnych fotografii wyglądają jak pociągnięte farbami olejnymi. Góry są niemal całkowicie niewidoczne, a zazwyczaj zapierające dech widoki odległych miejscowości, z mikroskopijną zabudową i ledwie dostrzegalnym ruchem, skrywają się za różowawą mazią. Wszystko przez ten cholerny smog.

  Mapy najbardziej zanieczyszczonych regionów dają powody do obaw, a promptery pogodynek zdają się wyświetlać zapowiedzi apokalipsy. Mój pracodawca pozostaje głuchy na alerty i apele o pozostaniu w domach. Podobnie jak pies, który na trującą zawiesinę reaguje zatrważającą biegunką. Od lat nie podjęto żadnych kroków, by rozwiązać powodujący liczne dolegliwości układu oddechowego i kompletnie niefotogeniczny problem. Pokładanie nadziei w elektrowniach wiatrowych, podczas gdy brak wiatru pozostaje jedną z głównych trosk i w produkcji kolejnych, mniej żywotnych samochodów brzmi dość absurdalnie.

  Wśród głównych przyczyn nie wymienia się niegospodarności. Produkujemy nikomu niepotrzebne rzeczy, co wyraźnie rozwściecza matkę naturę. Po wielu latach kupiłem sobie kinder niespodziankę, którą miałem uzupełnić stracone na górskich podejściach węglowodany. Zamiast zabawki, pudełko zawierało brzydki, ropopochodny badziew, który nie raczył działać. Nie widzę żadnego powodu, dla którego przez jajko mielibyśmy narażać się na konieczność szukania kandydata na Noego. To tylko wierzchołek, ponoć topniejącej, góry lodowej. Sprzedajemy tysiące ton śmieci z metkami, które po przepaleniu w piecu rozświetlają glob modną, różową poświatą. Dlatego powinno tworzyć się wyłącznie rzeczy użyteczne, lub piękne. Wyprodukowanie każdej innej, bez racjonalnego uzasadnienia, powinno grozić deportowaniem do przepełnionych więzień i aresztów Ameryki Południowej.

  Winą za fatalny stan rzecz obarcza się kierowców i właścicieli domów, czyli właściwie wszystkich poza rdzennymi ludami Bantu. Dlaczego zabraniać ruchu i narzucać wyższe opłaty na stare pojazdy, jeżeli ich stan techniczny nie budzi najmniejszych zastrzeżeń? Jeśli wyprodukowanie nowego samochodu jest korzystniejsze dla środowiska, powinniśmy zamknąć wszystkie stacje kontroli pojazdów. Skoro nie sprawdzają się w eliminowaniu niesprawnych pojazdów i wymuszają rozwiązania prawne, należy zalesić ich tereny, a właścicieli niezwłocznie wydać Kolumbijczykom. Mieszkańcy całego świata dzielą się na zbyt biednych na przestrzeganie restrykcyjnych norm spalania, i na zamożnych, których zainteresowania nie obejmują efektywnego wykorzystania paliw kopalnych. Jeżeli metody ogrzewania są tak istotne dla kondycji środowiska, to nie powinny pozostawiać w gestii kierującego się portfelem szarego człowieka. Równie mocno powinna razić wycinka drzew pod kolejne centra handlowe, nierzetelna budowa dróg, które cyklicznie trzeba łatać, wyrzucanie śmieci gdzie popadnie i drukowanie miliardów ulotek. Nie przejawiamy zdrowego rozsądku w wielu dziedzinach, dlaczego więc mamy popisać się na polu doboru opału? Nie nawołuję do odrzucenia wszystkich zdobyczy ludzkości i zostania amiszem. Możemy przecież dalej rozwijać się, bez idiotycznych grzywek i ubijania masła w kierzankach. Z pomocą przychodzi fizyka jądrowa, czyli coś, o czym nie mam pojęcia.

  Elektrownie atomowe znane są dokładnie od trzydziestu lat i kojarzą się głównie z wzrostem zapotrzebowania na płyn Lugola. Ich budowa zapewnia rozwój gospodarczy i zapas energii, nie mieląc przy tym kluczy dzikich ptaków jak elektrownie wiatrowe i posyłając węgiel kamienny do historii. Prawdopodobnie należałoby zamknąć na kłódkę cały Śląsk, co zważywszy na sosnowieckie korzenie, nie robi na mnie większego wrażenia. Czysta, efektywna energia mogłaby zasilać i ogrzewać domy bez obaw o toksyny, a w przyszłości, raczkujące jeszcze samochody elektryczne. Warto też wspomnieć, że znacznie ogranicza to zapotrzebowanie na surowce ze wschodu.

  Spytacie jednak o radioaktywny odpad, który raz na jakiś czas trzeba wygarnąć z atomowego paleniska. Zważywszy na wysoką szkodliwość dla zdrowia sądzę, że Ministerstwo Wojny chętnie wejdzie w posiadanie kilku beczek. Jeśli nie, to dzięki doskonałym relacjom międzynarodowym możemy je utylizować w San Escobar. Tam nie przeszkadzałby żadnemu mieszkańcowi zielonej planety.

1984

 Mimo, delikatnie mówiąc, sceptycznego nastawienia względem nowego układu na scenie politycznej, nie byłem przygotowany na tak drastyczne zmiany. Słuchając topornej propagandy nie jestem pewien, czy cały kraj pogrążony jest w psychozie, czy niepokojące rzeczy dzieją się wewnątrz mojej głowy.

 Sparaliżowane zostały wszystkie komórki władzy państwowej. Niezależnie od branży i stopnia specjalizacji, stanowiska obejmują poplecznicy partii, których wypowiedzi uwłaczają inteligencji, etyce i poczuciu dobrego smaku, a działania nie mają wiele wspólnego z dobrą zmianą. Odrywając sprawowanie najwyższych funkcji od sztuki dyplomacji dają popis niekompetencji, wprowadzając w zażenowanie i poczucie bezsilności miliony Polaków. Resort po resorcie, każdego dnia ujawniane są niezręcznie tuszowane skandale, odbijające się na polityce zagranicznej i gospodarce. Zwróciliśmy na siebie uwagę całego świata, którego krytyka spotyka się z arogancją rady ministrów. Zmierzamy ku izolacji, a podjęty kierunek zagraża członkostwu w paktach, o które walczono przez kilka dekad. Tak oto wpisane w kotwicę „P” staje się symbolem Polski tonącej.

 Patriotyzm został dostosowany na potrzeby nowomowy, wliczając konstytucję, postać Lecha Wałęsy, czy postawę Andrzeja Rzeplińskiego, który powoli urasta do roli bohatera narodowego. Kreowanym symbolem jest katastrofa, którą kompromitujące raporty i kolejne teorie spiskowe sprowadziły do taniej sensacji. Coraz większą rolę odgrywa kościół, a katolickie dogmaty bezpośrednio wpływają na brzmienie ustaw. Nie rozwiązaliśmy kwestii światowego kryzysu humanitarnego, a tworzymy kolejny, wewnętrzny. Dzieci, które wracają do rozbitych rodzin po wprowadzeniu ustawy zapomogowej to patologia w najczystszej postaci. Nie wyobrażam sobie, z jakimi zamieszkami będzie wiązać się jej ukrócenie i jaką cenę poniesiemy za jej wdrożenie. Nawet jeżeli uda się demokratycznie przejąć władzę w przyszłych wyborach, zniszczenia będą wymagać wielu lat odbudowy. Świadomość ta ściąga dziesiątki tysięcy protestantów, pikietujących każdego tygodnia w największych miastach Polski. Zjawisko na taką skalę jest praktycznie niespotykane od lat osiemdziesiątych. Odpowiedzią na zorganizowane manifesty jest stek obelg z mównic konferencji prasowych, a przeciwko „komunistycznym” zapędom wypuszcza się bojówki skłonne palić i wieszać. Władzę objął człowiek, który nie zdaje sobie sprawy, że bycie w cieniu nie zależy ani od wzrostu, ani wysokości stołka. Dlatego polityczne pięć minut tego szaleńca odczuwać będziemy jeszcze długi czas. I mówię to bez obaw o bycie internowanym. Podrzędny obywatel niższego sortu nie może dostąpić zaszczytu, jakiego nie zaznał sam wódz. Gorzej z bojówkami. Dla nich będę albo Żydem, albo komuchem.

 Uświadomiłem sobie jednak, jak chwiejny jestem w swoich poglądach. Do tej pory powiesiłbym wszystkie psy świata na przypiętych do pni drzew działaczach Greenpeace. Ku ich uciesze, jak mniemam. Odkąd prezes zajął się puszczą Białowieską i przyczynił do upadku stadnin o światowej renomie, jestem najgorliwszym zwolennikiem zielonych i aktualnie rozważam zakup uprzęży alpinistycznej. Chyba klaruje się moja nowa przyszłość polityczna. A w razie konieczności, wbrew duchowi zielonych, nie poprzestanę na myślozbrodni, a ogłoszę sezon na kaczki.