Nagle wyszła mgła

  W ubiegłym tygodniu postanowiłem nieco odetchnąć od szarości miasta i udać się na krótki wypad w góry. Śnieżna aura była wprost wspaniała, a zdjęcia ośnieżonych szczytów okazały się malownicze. Pomijając moją wielką, wyszczerzoną głowę na pierwszym planie, tła kolejnych fotografii wyglądają jak pociągnięte farbami olejnymi. Góry są niemal całkowicie niewidoczne, a zazwyczaj zapierające dech widoki odległych miejscowości, z mikroskopijną zabudową i ledwie dostrzegalnym ruchem, skrywają się za różowawą mazią. Wszystko przez ten cholerny smog.

  Mapy najbardziej zanieczyszczonych regionów dają powody do obaw, a promptery pogodynek zdają się wyświetlać zapowiedzi apokalipsy. Mój pracodawca pozostaje głuchy na alerty i apele o pozostaniu w domach. Podobnie jak pies, który na trującą zawiesinę reaguje zatrważającą biegunką. Od lat nie podjęto żadnych kroków, by rozwiązać powodujący liczne dolegliwości układu oddechowego i kompletnie niefotogeniczny problem. Pokładanie nadziei w elektrowniach wiatrowych, podczas gdy brak wiatru pozostaje jedną z głównych trosk i w produkcji kolejnych, mniej żywotnych samochodów brzmi dość absurdalnie.

  Wśród głównych przyczyn nie wymienia się niegospodarności. Produkujemy nikomu niepotrzebne rzeczy, co wyraźnie rozwściecza matkę naturę. Po wielu latach kupiłem sobie kinder niespodziankę, którą miałem uzupełnić stracone na górskich podejściach węglowodany. Zamiast zabawki, pudełko zawierało brzydki, ropopochodny badziew, który nie raczył działać. Nie widzę żadnego powodu, dla którego przez jajko mielibyśmy narażać się na konieczność szukania kandydata na Noego. To tylko wierzchołek, ponoć topniejącej, góry lodowej. Sprzedajemy tysiące ton śmieci z metkami, które po przepaleniu w piecu rozświetlają glob modną, różową poświatą. Dlatego powinno tworzyć się wyłącznie rzeczy użyteczne, lub piękne. Wyprodukowanie każdej innej, bez racjonalnego uzasadnienia, powinno grozić deportowaniem do przepełnionych więzień i aresztów Ameryki Południowej.

  Winą za fatalny stan rzecz obarcza się kierowców i właścicieli domów, czyli właściwie wszystkich poza rdzennymi ludami Bantu. Dlaczego zabraniać ruchu i narzucać wyższe opłaty na stare pojazdy, jeżeli ich stan techniczny nie budzi najmniejszych zastrzeżeń? Jeśli wyprodukowanie nowego samochodu jest korzystniejsze dla środowiska, powinniśmy zamknąć wszystkie stacje kontroli pojazdów. Skoro nie sprawdzają się w eliminowaniu niesprawnych pojazdów i wymuszają rozwiązania prawne, należy zalesić ich tereny, a właścicieli niezwłocznie wydać Kolumbijczykom. Mieszkańcy całego świata dzielą się na zbyt biednych na przestrzeganie restrykcyjnych norm spalania, i na zamożnych, których zainteresowania nie obejmują efektywnego wykorzystania paliw kopalnych. Jeżeli metody ogrzewania są tak istotne dla kondycji środowiska, to nie powinny pozostawiać w gestii kierującego się portfelem szarego człowieka. Równie mocno powinna razić wycinka drzew pod kolejne centra handlowe, nierzetelna budowa dróg, które cyklicznie trzeba łatać, wyrzucanie śmieci gdzie popadnie i drukowanie miliardów ulotek. Nie przejawiamy zdrowego rozsądku w wielu dziedzinach, dlaczego więc mamy popisać się na polu doboru opału? Nie nawołuję do odrzucenia wszystkich zdobyczy ludzkości i zostania amiszem. Możemy przecież dalej rozwijać się, bez idiotycznych grzywek i ubijania masła w kierzankach. Z pomocą przychodzi fizyka jądrowa, czyli coś, o czym nie mam pojęcia.

  Elektrownie atomowe znane są dokładnie od trzydziestu lat i kojarzą się głównie z wzrostem zapotrzebowania na płyn Lugola. Ich budowa zapewnia rozwój gospodarczy i zapas energii, nie mieląc przy tym kluczy dzikich ptaków jak elektrownie wiatrowe i posyłając węgiel kamienny do historii. Prawdopodobnie należałoby zamknąć na kłódkę cały Śląsk, co zważywszy na sosnowieckie korzenie, nie robi na mnie większego wrażenia. Czysta, efektywna energia mogłaby zasilać i ogrzewać domy bez obaw o toksyny, a w przyszłości, raczkujące jeszcze samochody elektryczne. Warto też wspomnieć, że znacznie ogranicza to zapotrzebowanie na surowce ze wschodu.

  Spytacie jednak o radioaktywny odpad, który raz na jakiś czas trzeba wygarnąć z atomowego paleniska. Zważywszy na wysoką szkodliwość dla zdrowia sądzę, że Ministerstwo Wojny chętnie wejdzie w posiadanie kilku beczek. Jeśli nie, to dzięki doskonałym relacjom międzynarodowym możemy je utylizować w San Escobar. Tam nie przeszkadzałby żadnemu mieszkańcowi zielonej planety.

O co chodzi z tym Sosnowcem?

  Dosłownie zewsząd dowiaduję się, że jestem jednym z ponad dwustu tysięcy nieszczęśliwie urodzonych. Wplatanie Sosnowca do najróżniejszych anegdot dodaje smaku spotkaniom towarzyskim, a tworzenie legend wzrosło do rangi sztuki. O co właściwie w tym wszystkim chodzi?

 Twarzą miasta jest Jan Kiepura, najrzadziej piracony artysta w historii muzyki rozrywkowej. Jego przywiązanie do miasta sprowadza się do tony granitu, którą został pośmiertnie ubezwłasnowolniony. Jest też Pola Negri, której historia z Sosnowcem sprowadza się do próby jego opuszczenia. Owszem, moglibyśmy poszczycić się Krzysztofem Materną, gdyby nie fatalny dobór partnera estradowego – wyjście z cienia Wojciecha Manna nie należy do rzeczy łatwych. Warto wspomnieć o Jacku Cyganie. Ale że cygan i Sosnowiec, to się jakoś przyjęło.

 Nie jesteśmy nadzwyczajni w żadnej innej dziedzinie. Wśród najbardziej zanieczyszczonych miast w Europie plasujemy się dopiero w trzeciej dziesiątce, co przekłada się jednak na przeciętne wyniki sportowców. Sosnowieccy biegacze najczęściej zdobywają raka, a miłośnicy dyscyplin wodnych dodatkową trzustkę i chitynowe pancerzyki. Kibiców lokalnej drużyny futbolowej podobno nie warto nawet bić, a ich klubowy regulamin oficjalnie zakazuje pedałowania w mieście. Samo posiadanie roweru zazwyczaj kończy się jego konfiskatą. Obserwując ulice po rozgrywkach ligowych jestem jednak przekonany, że już niedługo się wybijemy na tle sportowym.

  Choć niewielu w to wierzy, to całkiem normalne miejsce. Na sklepowych półkach jest Coca Cola, w lato mocniej przyświeca słońce, a w godzinach szczytu wszyscy jesteśmy Polą Negri. Na każdego mieszkańca przypadają trzy supermarkety, architekci radzą sobie z pokonywaniem przeszkód wodnych, a walkę z troskami codzienności wspiera prywatna izba wytrzeźwień. Miasto stawia na niską i zwartą zabudowę, odkąd dowiedziono wpływ wieżowców na liczbę prób samobójczych. Mieszkańców nierozsądnie wysokich pięter eksmitowano, zwiększając tym samym pulę wolnych mieszkań w rozsądnej cenie. Wbrew powszechnej opinii, nikt nam asfaltu na nie zwija. Od nadania praw miejskich w 1902 roku jeszcze nie dotarł do wszystkich dzielnic, albo najzwyczajniej zdążył już erodować. Jeśli nie szukasz pracy, w Sosnowcu znajdziesz wszystko to, co w innych europejskich metropoliach. Bezrobocie pozostanie problemem tak długo, jak długo będziemy oczekiwać wynagrodzeń na poziomie reszty Warszawy.

  Piękna zimowa aura upodabnia spacery do skandynawskich kryminałów. Ze względu na odsetek zaginionych, wszystkie referenda i wybory w historii Sosnowca zostały unieważnione. Wszystkie, poza ostatnimi, w czym również doszukuję się podłoża przestępczego. Każdy aport psa podnosi adrenalinę, a niepewność kogo tym razem odkopie i przywlecze szarga nerwy. Co najgorsze, pozornie najspokojniejszy dzień może zakończyć się wizytą na oddziale ratunkowym, gdzie rutynowe badania przeprowadza się chodakiem. Oczywiście, możesz obawiać się wysokiej przestępczości, to w końcu niezwykle głośna zbrodnia skierowała blask fleszy na Sosnowiec. Służby porządkowe wyciągnęły jednak wnioski ze zbyt brawurowej akcji pewnego błyskotliwego detektywa. Obecnie reagują na wszelkie zgłoszenia niezwykle powściągliwie.

  Cały ten zgiełk skłonił mnie do dokładnego sprawdzenia mapy. Ku zdziwieniu, Bydgoszcz, Elbląg, Wąchock, a nawet Wejherowo, wszystkie te zabawne miejscowości od lat otwierające furtki niezobowiązujących rozmów, w dalszym ciągu istnieją. Zacząłem podejrzewać, że naśmiewanie się z Sosnowca świadczy o upadku dowcipu w narodzie. Że to rodzaj terapii kosztem odległej, egzotycznej metropolii. Byłem w błędzie, z którego wyprowadziło mnie ponowne przejrzenie raportów zanieczyszczeń i migracji. Po tym, jak kryminaliści i fajtłapy z wszystkich wesołych miast wpadli rozrabiać do Sosnowca, zostawili po sobie nudną pustkę. Dlatego nie dziwię się, że macie tak czyste powietrze, Wejherowianie. U was nie ma już nawet z kogo się pośmiać.

Poszukiwacze zaginionego czasu

 Gdy odzywa się pierwszy z kilkunastu ignorowanych sygnałów budzika, nie mam pojęcia jak długo spałem. Szybko rozstrzygam, że jestem spóźniony, a podczas walki z alarmem naderwałem prostowniki pleców. Mimo to, uśpiona jeszcze czujność pozwoli na zaparzenie dobrej kawy i leniwy start. Wsiadam do samochodu i jadę zastygnąć w korku. Czas tyka pompując adrenalinę, sercem pędzę, zadkiem dalej siedzę. Wszyscy zaspaliśmy, ale mój pas ruchu stoi jakby bardziej.

 Docieram do pracy trzy po. Nieźle, oceniając postój w korku na jakieś pół dnia. Na dobry start niedobra kawa i kiedy mój biologiczny zegar oznajmia upływ ośmiu godzin, powitalny ekran służbowego komputera zdradza, że nie zdążyłem się nawet zalogować. Powolne minuty, które z braku zajęcia ciągną się w nieskończoność, drastycznie przerywają informatyczne skrypty. Skrzynka pocztowa pobiera wiadomości z odległej przeszłości i te, które zmuszony będę przenieść do odległej przyszłości. Czas zaczyna galopować, a widmo nadminut w biurze podnosi ciśnienie. Konieczność spisania kolejnej umowy uświadamia, że ta zawodowa arytmia trwa już od dobrych kilkunastu miesięcy. „Jak ten czas leci”. Po dniu, który trwa nie wiadomo ile klikam „wyloguj” i biegnę. Biegnę, bo tuż za progiem firmy rozpoczyna się inna strefa, w której czas płynie dwa razy szybciej, i w której z pewnością właśnie zaczęło padać. Biegnę sobie postać w korku.

 W progu wita mnie pies, który odbija się na pęcherzu jak na rehabilitacyjnej piłce. Biegniemy stałymi ścieżkami, aż nie zrzuci „dwójki”. Po tym krótkim elemencie zdrowego trybu życia wypadałoby coś zjeść. Cuda z tacki wygrywają z przygotowaniem czegoś mniej rakotwórczego. Zanim zawrzałaby woda na makaron, zdążyłbym odgryźć sobie z głodu rękę.

 Upragniony czas wolny. Trzy minuty trzymania rytmu na basówce wymagają kilku mozolnych godzin nauki. Chyba mnie na to nie stać, więc bezpieczniej nie zaczynać. Podobnie z grami, bo przerwy w rozgrywkach wymazały z pamięci przebieg fabuły. Kiedyś zacznę od nowa. To może jakiś film? Owszem, ale wyłącznie w kilku kawałkach. Finalnie pojawia się na sto siedemnastym miejscu listy pod tytułem „sobota”. Decyduję się na serwis informacyjny, w końcu warto być na czasie. Tu prawdziwe anomalie. Po upływie stu dni cofamy się trzydzieści lat wstecz i jesteśmy na dobrej drodze do zniwelowania dorobku Kazimierza Wielkiego. W tym tempie jutro ogłoszą stan wojenny, a za tydzień noc kaczych noży. Stwierdzam za to, że posłanki dzielnie opierają się czasowi. Muszą dość mocno wklepywać w głowy te swoje maseczki.

 Na deser książka. Powieki stają się ciężkie, raz za razem litery znikają za mgłą, albo cholera wie gdzie je niesie. Nie wiem, czy drzemałem kwadrans, czy kilka godzin. Rozpostarta na dywanie psia „dwójka” wreszcie pozwala mi odnaleźć się w czasie. Znów coś przespałem.

 Po drodze mija środa i podczas gdy połowa ludzkości robi biceps, ja próbuję składać galerię do nadszarpniętych zębem czasu kawałków. Wreszcie wyciszony budzik i warkot wszystkich odkurzaczy w najbliższym sąsiedztwie – pora rozwinąć trzytomową listę „sobota” i zabrać się za dalsze przekładanie planów. Czas mija błogo, a od nadmiaru możliwości aż się wszystkiego odechciewa. Tak do drugiej w nocy. Technicznie, niedziela. Biel monitora drażni oczy, a pomimo uderzania łbem o klawiaturę, tekst jakoś nie chce się napisać. Kapituluję, felieton plasuje się w drugiej setce planów na niedzielę.

 Wybaczcie, że ostatnio zieje tu pustką. Mój pulpit jest za to usiany dwuakapitowymi tekstami. Za diabła nie pamiętam o czym są, ale kiedyś pewnie je skończę.

Pluskwa milenijna

 Żeby uniknąć przykrych rozczarowań, część noworocznych postanowień zacząłem wdrażać w trybie przyspieszonym. Moje eksmięśnie wyraźnie brzydzą się wysiłkiem, więc doprowadzenie się do formy weszło na pierwszy plan. Ich oburzenie ideą wykonywania pompek było tak duże, że pogubiły monokle, a po podłodze poturlały się miniaturowe meloniki i cylindry ich mikroskopijnych głów. Po drugim opuszczeniu odmówiły dalszej współpracy, a ja upadłem na podłogę tracąc nos i doprowadzając do pęknięcia wątroby. W świetle dzisiejszego tekstu, to naprawdę wspaniale. Obdukcja wykazała, że przyczyną niefortunnych wydarzeń nie był brak nadludzkiej krzepy. Zostałem otruty.

 Trucizna sączy się szczeliną pod drzwiami wejściowymi wypełniając całe mieszkanie. Niespodziewanie, jej stężenie przy podłodze tworzy jadowitą chmurę, która zaczyna zachowywać się jak ciało stałe i można ją, na przykład, pokroić w plasterki. Źródłem tego koszmaru jest mieszkanie naprzeciwko, od kilku miesięcy wynajmowanego przez dość uciążliwy typ. To wyluzowani ludzie, których nie wzruszy wypadek w drodze do toalety, śmierć pralki, czy zagubienie kosza pod stertą odpadków. Owszem, raz na jakiś czas urządzają sobie akcję wietrzenia, polegającą na wyrzucaniu rzeczy przez drzwi i, nieco częściej, okna, przy wściekłym przywoływaniu wszystkich mniej lub bardziej obraźliwych form penisa. Jakkolwiek absurdalnie brzmi nauka higieny dorosłych ludzi, nietrudno odgadnąć, że droga pokojowa nie wchodzi w grę. Niestety, gość wygląda, jakby mógł pozbawić mój nos zdolności poznawczych równocześnie z pozbawieniem mojego korpusu głowy. Zasadniczo utrata zmysłu powonienia zdaje się jedyną możliwością przeżycia w drapiących gardło i wyciskających oczy z czaszki warunkach.

 Problem jest znacznie szerszy, niż ubrania trącące smażalnią tuż po wyciągnięciu z pralki. Choć świetnym pomysłem wydaje się nie leżenie na podłodze, ja niestety wciąż mam psa. Wychodząc na klatkę dostaje potwornej alergii i niedotlenienia mózgu, ja sam wyginam kręgosłup zbierając się na kichanie, ale wylatuje ze mnie wyłącznie potok okropnych przekleństw. Skoro pies wyraźnie cierpi z powodu ekstremalnych doznań, wałęsające się na niskim pułapie dziecko miałoby marne szanse na właściwy rozwój i przeraczkowałoby całe życie nadgryzając dywan i ciągnąc psa za ogon. Nawet, gdyby poradziło sobie ze sztuką poruszania w pionie, zaraz po przekroczeniu progu mieszkania padłoby na samoistną rozedmę płuc. Tylko czekać, aż niepozorny blok cichej dzielnicy przerodzi się w źródło osiemnastowiecznych epidemii, a na okolicznych trawnikach zaczną się wypasać pasożyty wielkości kota. Pomału dochodzę do sedna tej sprawy. W tej kwestii nie można nic zrobić. Gdyby ktoś słuchał Beethovena odrobinę zbyt głośno, interwencja trwałaby trzynaście sekund i nieodpowiedzialny szaleniec zostałby sprawiedliwie osądzony. Mógłbym przysiąc, że Wagnera też nie puszczają. Jedynym wyjściem z tej horrendalnej sytuacji jest znalezienie właściciela lokalu. Ten jednak, „służy uniżenie”, „życzy wszystkiego dobrego” i „z ogromną radością dołączy do noworocznego zbierania puszek, dziękuję”. „Nie będziecie mieć państwo nic przeciwko, jeśli przyprowadzę całą swoją rodzinę”? Ożeż cholera.

 To prowadzi do wyciągnięcia odpowiednich wniosków i podniesienia z podłogi. Przekuwanie ciała w stal znów musi poczekać. Jako noworoczne postanowienie obiecuję sobie pracować ciężej i tu, i tam. Dla podtrzymania motywacji, nad zlewem zawieszam losowo wybrane zdjęcie ładnego, parterowego domu z ogrodem gdzieś pośrodku krateru wulkanu. To chyba załatwi kwestię sąsiadów. No, i muszę zostawić w spokoju pękniętą wątrobę. Zbieracze puszek niepokojąco wybierają siedliska w moim najbliższym sąsiedztwie jako żyłę złota.

Miało być bez granic

 Pogoń za zachodem jest kierunkiem jak najbardziej rozwojowym. Dobrze, że odcinając się od przeszłości obchodzimy nie tylko te czerwone dni, a przejmując czarne święta pomijamy czwartek. Na rozpowszechnieniu kultury zachodu, pod koniec tygodnia, zyskali najbardziej producenci walizek i toreb podróżnych a także czepków, dla tych atakujących Odrę. W dalszym ciągu chcemy do Europy, ale okazuje się, że już jej tu nie ma. Pani Szydło dobitnie wskazała granicę, przebiegającą za jej plecami. I kiedy już tańczę palcami po klawiaturze, na scenę wchodzi kolejny akcent zachodni. Jarosław, spin doctor.

 Pana Kuźniara można lubić, ale wcale nie trzeba. Można swoją opinią swobodnie się dzielić, ale nie ma ona większego znaczenia. Zainteresowanie komentatorem politycznym, głównie negatywne, dość zaskakuje. Prezenterem telewizyjnym, który po przejściu do pasma śniadaniowego budzi tyle kontrowersji, co przeciętna pogodynka (dopóki nie zbiera grzybów ze stopni studia). Pan Jarosław, podobnie jak przynajmniej jeden jego imiennik, boryka się z problemem hejtu. Otwiera zatem przyłbicę, która pod psim pyskiem kryje kolejny, świński i staje w szranki z wiatrakami. Spot, który wypuszcza do sieci, przez wielu opisywany jako mocny, dla mnie jest najzwyklejszą ohydą. Stworzoną by szokować, a nie trafiać w czuły punkt internetowych przestępców. Makabra, której emitowanie jako kampania dla szerokiej publiki świadczy o bezpowrotnym przesunięciu granicy. Choćby tej estetycznej.

 Spolszczenie słowa „hate”,czyli „nienawiść”, jeśli interesujesz się komunikacją z nacjami zachodnimi, za każdym razem powoduje gęsią skórę na moim grzbiecie. Świadczy o przyjęciu nie tylko terminu, ale całego zjawiska, zaakceptowanie okrucieństwa i psychicznego znęcania w internecie. Autorzy, niezależnie kim są, nie powinni otrzymywać przywileju uczestnictwa w większej, niemal zorganizowanej grupie, o tak dumnie brzmiącej nazwie. Sformułowania z ich własnego języka w zupełności by wystarczały. Stajemy się coraz bardziej rozbestwieni, pozbawieni stylu, klasy, wychowania i co najważniejsze, pozbawieni własnego zdania i umiejętności dzielenia się nim w przyzwoity sposób. Przeżarci kompleksami i utopieni we własnych słabościach, którym upust dajemy internetową agresją pod przykrywką anonimowości. Obawiam się, że kampania nic nie da. Oburzenie wzbudza treść, a nie ludzie, którzy prezentują brak jakichkolwiek wartości. Może jednak dotrze do autorów, którzy pozwalają na barbarzyństwo w komentarzach.

 Proszę Państwa, to jednak najlepszy moment żeby hejt rozwijać i rozpowszechniać. Dla wolności słowa i zbliżenia z cywilizacją zachodu. Bo nie wiadomo, z jaką flagą przystanie nam kojarzyć rząd, jakie dzieła będą palone na stosach, jaką rzeczywistość zobaczymy w mediach i czy ocet nie wróci do łask. Stajemy się pośmiewiskiem na całym świecie dopuszczając do władzy psychopatów. Gdybym podzielił się odczuciami i wstydem związanymi z pierwszymi działaniami ludzi nas reprezentujących, garbiących się pod wpływem cofania ewolucji, ciężko byłoby odróżnić je od hejtu. Jestem zniesmaczony, ale to nie wszystko. Cali ci, hejterzy i ludzie opowiadający się za władzą to większość naszego społeczeństwa. Nie licząc tych, którzy na co dzień i podczas wyborów nie mają absolutnie nic do powiedzenia. To jest przerażające.

Problem na trzy fajki

 Przepadam za dymkiem i cholernie mnie to cieszy. Inaczej nałóg byłby koszmarem. Szczególnie upodobałem sobie popalanie przy pisaniu i niestety, daleko mi do Sherlocka. Na trzech się nie kończy. Lubię też poszukać natchnienia w szklance żywca. I zważywszy na najwyraźniej rozwiniętą przysadkę (czy co tam za nałogi odpowiada), trochę mnie to martwi.

 Nie przychodzą mi do głowy przekonujące zalety palenia. Z nostalgią patrzę na filmy i reklamy sprzed kilkunastu lat. Papieros był na czasie. Obawiam się, że z ekranizacji wycięto drastyczne sceny wypluwania płuc na rzecz czystego luzu. Palenie jest bowiem dość upierdliwe. Zawsze starałem się nie zaburzać dostępu do świeżego powietrza swoim rozmówcom. I to moja największa zmora. Ubzdurałem sobie, że mamrocząc pod nosem zapewnię komfort innym. Byłem w błędzie. Zakup „marlboro” i „może być zbliżeniowo” stał się codzienną traumą dykcyjną. Teraz do komunikacji potrzebuję bloga. W zasadzie lista motywująca mnie do rzucenia była najdłuższym tekstem mojego autorstwa. Dla świętego spokoju zgubiłem ją. Pomimo wad, moja zatruta krew wrze, gdy ktoś wpieprza się w mój nałóg.

 Jako szczyl pierwszymi mocnymi zaciągałem się przez nos. Byłem w rozwojowym wieku i stopniowo nabierałem wprawy. Z biegiem czasu i wchłanianą nikotyną zdolności poznawcze wypaliły się – nie jestem w stanie zrozumieć wycofania mentoli i super lightów. Tak, zachęcają młodzież. Na litość, wciągałem nosem dym czerwonych marlboro! Ani mnie, ani innych palaczy nie zraziły trudne początki. Skoro mogę podjąć decyzję o truciu siebie, pozwólcie mi wybrać trutkę. Niepalącym to bez różnicy. Mam nadzieję, że stojący za tym lobbyści zbiją fortunę. Oby przewyższała straty ludzi etatowo podlewających tytoń.

 Zwęglenie mózgu palaczy zdiagnozowano jakiś czas temu. Wywalenie nas z lokali nie jest najgorsze. Jeśli jednak twoja partnerka nie pali, to prawdopodobnie zmieni stolik gdy kolejny raz ją zostawisz. Jeśli oboje  palicie – pożegnajcie się ze stolikiem. Zarzucono krzewienie racjonalnego myślenia na rzecz zmyślnych przepisów. Dzięki przystankowym balangowiczom co drugi krok zapłacisz mandat. Nawet w ulewie stoisz z papierosem przed wiatą, jak wampir na wycieraczce. Kilka metrów dalej możesz bezkarnie chuchać na ludzi i sadzić kolejne nasiona petunii. Wszyscy wpadli w irracjonalny amok, a palacz z oprawcy stał się ofiarą. Media informują nas o przepełnieniu kostnic biernymi palaczami. Pracodawcy przeszli do tortur w myśl niepłacenia za petopauzy. Proponuję wszystkich pracowników podłączyć do szpitalnych czujników wykrywających roztargnienie. I potrącać jego czas trwania z pensji.

 Firmy farmaceutyczne szukają słabych ogniw – pastylki na rzucanie okazały się interesem życia. Dentysta odmówi zabiegu powołując się na wciąż „aktywny czynnik”. W ten sposób twoje uzębienie przechodzi ze stadium opalenia do Stonehenge. Podobną sympatią darzą nas lekarze i całe społeczeństwo, oburzeni leczeniem nieodpowiedzialnych samobójców z kieszeni podatnika. Media mówią o stratach w budżecie spowodowanych papierosami. Mam jednak lepszą matematykę – swoją. Według niezbyt jasnych badań 9 milionów Polaków pali. Przyjmując, że wypalamy pół paczki dziennie okazuje się, że codziennie do świnki-skarbonki RP wpada 36mln złotych z samych akcyz. Maria Czubaszek załatałaby całą dziurę budżetową. Sama. Domagam się więc humanitarnego traktowania i normalnego leczenia. Bo jako palacz utrzymuję wszystkich pediatrycznych turystów.

 Dlatego łza zakręciła się w moim oku, gdy zobaczyłem tabletki na kaszel palacza. Nie obchodzi mnie, czy działają, bo i tak ich nie kupię. To wielki krok naprzód – ktoś chce dorobić się na komforcie życia, a nie na naszym wyginięciu.  Wiem, nieźle byłoby nas zlikwidować. Powstają kolejne bzdurne ustawy i przepisy, które nikogo jeszcze nie nauczyły myślenia. Zabierając się jednak za zdetonowanie przemysłu tytoniowego popełniono duży błąd. Usuwanie logotypów. Nikogo to nie odstraszy, a kasjerki zaczną obsługiwać palaczy przez godzinę. „Te bardziej niebieskie, po lewej, bez impotencji”. Jedno logo i zawarte w nim „veni, vidi, vici” mówiło wszystko o nałogu. Szkoda, że zniknie. Jeszcze raz, dlaczego mamy rzucić?

I-PADła PODkultura

 Nie potrafię wymienić wszystkich wyśmienitych kapel i rockowych wirtuozów. Ich lista znacznie przekłamałaby mój wiek, a w połowie pisania dostałbym jaskry. Zachwalanie dinozaurów nie ma zatem najmniejszego sensu.

 Wypada za to wspomnieć, że za dźwiękiem kryło się coś więcej. Mogłeś założyć ulubione, pozbawione już koloru ubrania i dla świętego spokoju powoływać się na subkulturę. Biografie artystów wpędzały w kompleksy jednostki skrajnie aspołeczne. Uzmysławiały też zalety dealowania prochami w okresie wczesnoszkolnym. Teksty starały się coś znaczyć, co potrafiło nieźle namieszać. Wreszcie, było o czym pogadać z nowopoznaną dziewczyną, a jej wybór nie nastręczał większych problemów. Jeśli znikoma nawet świadomość higieny osobistej trzyma cię w bezpiecznej odległości – Slayer. Natomiast jeśli sprawy idą niespodziewanie szybko – pytaj o Morrisona albo Hendrixa. „Jim” to słowo klucz na wieczór.

 Nic nie może trwać wiecznie. Subkultury zastąpili ludzie ze skrajnie zaniedbanymi włosami albo przestrzeliną kalibru kałasznikowa w uchu. Ewolucja nie ominęła też długowłosych. Gość, który chciał wypić z tobą rekordową ilość taniego piwa teraz chce dotknąć twojego kolana. Nikt nie wyśle cię na OIOM za nieroztropną krytykę albumu Metalliki. Muzyki i tak już się nie słucha. Zaledwie słyszysz ją stojąc w korku albo szemrając w tle powstrzymuje cię przed  upokorzeniem pracownika urzędu.  Łomotem grozi jednak złe stanowisko w sporze o to, który I-badziew odtworzy ten album lepiej. Metallica nie skończyła się na Kill’em All – wykończył ją I-Pod.

 Dla człowieka, który całe życie spędził otoczony blokami najdziwniejszy pozostaje hip-hop i jego miłośnicy. Z nadejściem ciepłego frontu atmosferycznego okna otwierają się na oścież. Dochodzi do bitew, gdzie bronią są miliardy decybeli i szczek jegomości o urodzie cegły. Jeśli dawka połkniętej aspiryny cię nie zabije możesz doświadczyć błogiej ciszy, gdy didżeje rozwiążą problem konwencjonalnie. Bo niemal zawsze te ubrane w słoniowe spodnie pajace noszą ze sobą półmetrową maczetę. Rzecznicy prasowi policji znaleźli trafne określenie trzynastu ran ciętych w takich sytuacjach – koleżeńskie porachunki. Policja zresztą, wydaje się być całkiem istotną instytucją w ich ideologii. Mimo to, mundurowi unikają blokowisk, z których płyną niezwykle obrazowe groźby karalne. Klatka schodowa staje się kulturowym azylem.

 W piwnicach gimnazjaliści palą substancje przypominające zapachem coś, co marihuaną nie jest. Najwyraźniej lubią przesiadywać wszędzie, gdzie wyłożono trutkę na szczury, co przyczynia się do ich późniejszego stanu. Lubią też opowiadać o paleniu, za każdym razem zmieniając szyfr. Stawiam, że rozmawiają o tym cały czas, a kodowanie daje wrażenie nowych wątków. Nie udało mi się jeszcze rozszyfrować, co ma na myśli człowiek puszczający bity z najnowszego I-coś-tam mówiąc „jest ciężko, brat”. Skoro nie chodzi o pieniądze, pewnie o kult matki w zderzeniu z całym osiedlem braci. O samym hip hopie wiem tyle, co nic.

 Wiem jednak co czeka ich podkulturę. Eminem nie podzieli losu Tupaca, dokonując żywota w słusznym wieku na prywatnej wyspie. Podobną drogę wybrały samochody stając się srebrne i ciche, pomarańcze – dużymi mandarynkami, a płeć jest kwestią kilku skoordynowanych machnięć skalpela. Bezpłciowość staje się wspólnym mianownikiem wszechrzeczy. Pozbawieni sensu walki młodzieńcy tworzą setki grup, które niczym się nie różnią. Czy to mnie martwi? Absolutnie nie!

 Natura jednym strzałem starła całą populację dinozaurów. Okazały się nudne. Zostawiła stworzenia, które ewolucja nauczyła opuszczać tonące okręty, omijać różowy granulat i filtrować substancje smoliste hip-hopowców. Od tamtej pory historia zatacza koło, z ukatrupieniem glamrockowego T-Rexa włącznie. To właśnie nuda jest biologiczną matką wynalazku i każdej zmiany. Jak inaczej wytłumaczyć powstanie różowych zabawek, na widok których Rasputin skinąłby z aprobatą? Albo kolejnej wersji I-cholerstwa?

 Potrzeby dają nam mrożonki i ciepłą wodę w kranie. Jednak to mała kropla w ich morzu, czyli odrobina szaleństwa, dała nam rock’n’rolla i uśmiech, który usprawiedliwia istnienie pasty do zębów. Każdą rewolucję poprzedza śmiertelna nuda. Zwiastuję powrót muzyki, której bliżej do jabłczanów niż apple’a. Nie pozostaje nam nic innego jak usiąść wygodnie i poczekać na głośny, kulturowy bum. Mając jednak na uwadze kilkaset rakiet nuklearnych, sugeruję poczekać na „bum” w piwnicy. Ramię w ramię z młodzieżą w kapturach i futrzakami, które nie znając I-phona przeżyły każdy upadek człowieka.